Michaił Gorbaczow i Lech Wałęsa, duet, który dołączył w tym roku do listy nagrodzonych Orłami Karskiego, jest bardzo szczególny. Sądzę jednak, że sam Karski nie miałby zastrzeżeń.
Nagrody są indywidualne, są znakiem uznania dla każdego laureata oddzielnie. Ale zdarza się, że skojarzenie, być może przypadkowe, dwóch wybitnych osobistości w dorocznej edycji nagrody tworzy wartość dodatkową. Choćby pierwsza para tuż po śmierci w roku 2000 Jana Karskiego: Kuroń i ks. Tischner. To przecież cały, niezrealizowany, ale ciągle aktualny program dla Polski. Znacznie mniej czytelne jest skojarzenie (2006) Oriany Fallaci i "Tygodnika Powszechnego".
Zestawienie par, laureaci czy nawet cała lista mogą się wielu nie podobać. Kapituła, która ostatecznie decyduje o przyznaniu kolejnego Orła, składa się z byłych laureatów i choć są to na ogół osobistości wielkiej klasy, to oczywiście mogą się różnić i mieć zastrzeżenia do niektórych nazwisk. Co nie zmienia tego, że cała lista - od Mazowieckiego i abp. Nossola po Eliego Wiesela i Marka Edelmana - to w zasadzie imponująca i przekonywająca grupa 22 osób uosabiających humanizm, tolerancję i szacunek dla człowieka. Wartości, które szerzył i uosabiał Jan Karski.
Dlatego, w istocie, znaczenie mają nie tylko nagrody i ich prestiż, lecz także ich przesłanie. Pod tym względem można w tym roku sformułować podwójną wykładnię.
Po pierwsze, Karski, który znał i cenił obu laureatów, uznałby na pewno za prawidłowe uzasadnienie wyróżnienia: „Za odmianę oblicza Europy i świata”. Karski uważał, że bez obu tych polityków zmiany w Europie Środkowo-Wschodniej i ZSRR nie byłyby możliwe. Kapituła przypomina, że on sam przeciwstawiał się zdecydowanie licytacjom, czy to Wałęsa, czy - jak twierdzi wielu na Zachodzie - Gorbaczow powinien uchodzić za ojca przemian. Uważał, że szczególnie dla Polaków powinno być ważne wyzbycie się pokusy deprecjonowania postaci i roli Gorbaczowa. „Gdyby nie sukces »Solidarności « w 1980 roku, nie byłoby Gorbaczowa w 1985 roku. Gdyby nie było wtedy Gorbaczowa, nie byłoby ponownego sukcesu »Solidarności « w 1989 roku. Nie ma innej logiki” - mówił Karski.
I druga uwaga. To świadomość Karskiego (sam tego doświadczył, Polska przecież o nim właściwie zapomniała i lata minęły, zanim sobie o nim przypomniała), że narody są niewdzięczne i niechętnie nagradzają tych, którzy im poświęcili życie, albo wcale tego nie robią. Jak powiedział François de La Rochefoucauld, "świat częściej nagradza pozory zasług niż same zasługi". To właśnie w losie obu tegorocznych laureatów Karski widział nie La Rochefoucauld, ale Szekspira: obaj zmienili świat na lepsze, mawiał, ale - popularni za granicą - nie doczekali się uznania rodaków.
Czy statuetki Orła jakoś kompensują tę niesprawiedliwość? Są w każdym razie symbolicznym uznaniem miejsca, jakie Gorbaczow i Wałęsa powinni zajmować w historii swych krajów, ze strony jednego z niewielu prawdziwych bohaterów II wojny światowej, obywatela Polski, USA i Izraela, wielkiego człowieka, który "sam chciał zatrzymać Holocaust". Może miał rację Aleksander Dumas, kiedy gorzko wspominał, że "są przysługi tak wielkie, że zapłacić za nie można tylko niewdzięcznością"?
Źródło: Gazeta Wyborcza