Prawdziwa zimna wojna trwała jakieś 30 lat. Moja prywatna znacznie krócej. Za moje analizy wydarzeń w ZSRR i okolicy nic gorszego, na szczęście, mnie nie spotkało poza pełnymi oburzenia donosami ambasady Związku Radzieckiego (i PRL) do naczelnego redaktora "Le Soir" na Ungera szkalującego Sowiety.
Po utracie ZSRR atmosfera zaczęła się zmieniać. Zrobiłem nawet wywiad z Nikołajem Afanasjewskim w dniu, w którym przestał być ambasadorem ZSRR, a stał się, nie zmieniając adresu, ambasadorem Rosji.
Aż wszystko pękło. Zacytowałem niedokładnie jedno słowo Władimira Putina, nie przeprosiłem na czas i wiele lat po zimnej wojnie nareszcie znalazł się pretekst do zemsty. Ambasada Rosji ogłosiła, że "za oszczerstwa na temat polityki Rosji Pol Mathil (mój pseudonim) ma zakaz wstępu na terytorium Federacji Rosyjskiej". Powiało zimną, ale już tylko prywatną wojną.
Moja zimna wojna z Rosją już się skończyła. Ocieplenie narastało crescendo: ambasada w Brukseli oficjalnie pogratulowała mi doktoratu honoris causa UMCS w Lublinie. I - rewelacja oraz pretekst do napisania tego felietonu - po raz pierwszy otrzymałem z okazji święta narodowego Rosji zaproszenie na przyjęcie od trzech jej ambasadorów naraz (mego pogromcy już nie było).
Niby drobiazg, zaproszonych jest kilka tysięcy osób (mnie, szczerze żałuję, nie będzie; nikt zresztą tego nie zauważy), ale uznałem, że takie drobne gesty to jeden ze znaków wielkiej zmiany w Moskwie. Rosyjscy dyplomaci wyjaśnili: "Ambasador się zmienił".
Opisuję tę przygodę, bo bardzo bym nie chciał, aby zmienił się szef ambasadora prezydent Rosji. W dniu koronacji Dmitrija Miedwiediewa 7 maja 2008 r. nikt nie miał wątpliwości, że to marionetka, że ma tylko wypełnić czas, jaki musi upłynąć, aby Putin mógł wrócić na Kreml. Za rok ten czas upłynie i sądzę, że można zrelatywizować tę hipotezę.
Miedwiediew tak zmienił obyczaje Kremla, że takie zaproszenie - nie moje, ale w ogóle - stało się w dyplomacji rosyjskiej możliwe i normalne. Zmiany są ogromne i w zasadzie wszystkie noszą podpis Miedwiediewa. To z jego ust padły w Moskwie słowa ważne, nigdy dotąd w Rosji niesłyszane: że terror epoki sowieckiej jest nie do usprawiedliwienia, że pamięć o straszliwej przeszłości jest równie ważna co świętowanie zwycięstw. Padały także głowy skorumpowanych generałów, ministrów i urzędników. Wyleciał król ciemnych interesów mer Moskwy Jurij Łużkow.
I wreszcie, najważniejsze, Miedwiediew zaczął kreślić wizje modernizacji Rosji nierozerwalnie związanej z demokracją, wolnością prasy i wojną z korupcją. Mówił, że Rosja idzie ku stagnacji m.in. z braku opozycji politycznej. Krótko mówiąc, Miedwiediew uważa, że trzeba "posprzątać" Rosję. Po kim? Kto jako prezydent rządził przez zmarnowane osiem lat?
Dla Zachodu "duet kremlowski" stanowi ciągle enigmę. Nie wiadomo, czy to podwójna gra, czy też, jak mówił Churchill o Kremlu, "dwa buldogi walczą pod dywanem". Spod dywanu żywy wyjdzie zapewne Putin. Ma organy, "dyktaturę prawa" i poprze go szczerze większość wyborców.
Miedwiediew zostanie (nie wiadomo gdzie) z mniejszością, pokoleniem budującym nową Rosję. A ja zostanę z moim zaproszeniem.
Źródło: Gazeta Wyborcza