Pan Andrej Sannikau
Więzienie (prawdopodobnie) w Mińsku
Drogi Andreju, drogi przyjacielu.
Nie mam żadnej pewności, że ten list dotrze do ciebie. Piszę jednak, choć w dziale faktów nie mam nic do dodania, żadna gazeta na świecie nie zajmuje się przecież Białorusią tak fachowo i z taką troską jak "Wyborcza".
Ale jest strona "prywatna". Byliśmy, ba, jesteśmy w przyjaźni. I nawet, powiem cicho, "knuliśmy" razem. Np. w 1996 roku, kiedy tuż po dymisji ze stanowiska wiceministra spraw zagranicznych w pierwszym rządzie po-sowieckiej Białorusi, na znak protestu wobec autokracji, jaką szykował Łukaszenka, przyjechałeś do Brukseli. Przyjechałeś z misją i znając moją reputację "osobistego" wroga Łukaszenki (ostro pokłóciliśmy się w czasie wywiadu), zwróciłeś się do mnie o pomoc w poszukiwaniu sojuszników Twojej sprawy.
Zrobiłem, co mogłem. Było dużo szumu, masa spotkań, wyrazów sympatii i poparcia, był spory wywiad z Tobą w największej gazecie brukselskiej "Le Soir". Twoje argumenty i twój sposób demaskowania zarówno dyktatury w Mińsku, jak i intryg Moskwy zrobił wrażenie, otworzył oczy wielu politykom. Powstał spory katalog obietnic. Nie było tylko konkretów.
Uprzedzałeś mnie wtedy, że prawdziwe represje dopiero nadchodzą. No i miałeś rację. A na pytanie jak my tu, na Zachodzie, możemy przeciwdziałać, powiedziałeś: "Róbcie to, co obiecaliście: bądźcie naszym głosem, który tutaj jest zduszony cenzurą, denuncjujcie, tłumaczcie, starajcie się przekonać świat o ogromnym ryzyku tolerowania dyktatury w najbardziej wrażliwym geopolitycznym punkcie Europy, to znaczy na styku Wschodu i Zachodu, a praktycznie Rosji i Europy. No, i naturalnie (tu głęboko westchnął) nakładać sankcje. Skuteczne".
Hélas, jak mówią Francuzi. Łukaszenka jest już od dawna pod naciskiem zachodnich sankcji, ale licząc na Moskwę, wyraźnie je sobie lekceważy. Teraz Waszyngton i Unia Europejska "grożą" nowymi sankcjami i razem z Rosją "są zaszokowani" i wyrażają oburzenie nowymi represjami. Ot, taki banalny festiwal hipokryzji.
Drogi Andreju,
jeżeli piszę, to nie w sprawie Łukaszenki. To moje ostatnie zmartwienie. Piszę, bo chodzi mi o Ciebie. O nasz wspólny dylemat. Doszło do mnie, że sędzia czy prokurator, który cię oskarżał, posłużył się cytatami - na pewno zresztą manipulowanymi - z naszych drukowanych w Brukseli rozmów. To bardzo nieprzyjemne uczucie. Prześladuje mnie więc wątpliwość, czy - nieświadomie - nie pomogłem twoim prześladowcom wysmażyć aktu oskarżenia, na podstawie którego zostałeś skazany.
Byłem w kontaktach z Tobą, jak każdy reporter w podobnej sytuacji, rozdarty między dziennikarskim obowiązkiem informacji a obawą przed narażeniem rozmówcy, czyli Ciebie, polityka opozycyjnego w dyktatorskim kraju, na prześladowania
policyjne lub nawet więzienie. Naturalnie wszystkie nasze rozmowy drukowane miały Twoją zgodę, niektóre tematy poruszone były z Twojej inicjatywy. Pozostaje jednak gdzieś w zakamarkach rozumu wątpliwość, czy nie odegrałem jakiejś złej roli w Twojej biografii. Na Twoją odpowiedź muszę, niestety, poczekać.
Drogi Andrzeju, sercem i duchem byłem obok ciebie na ławie oskarżenia. I ciągle pamiętam nasze rozstanie w Brukseli i Twoją odpowiedź na pytanie, czy wracasz do Mińska: „Naturalnie, tak”. I dodałeś: „Nie martw się o mnie, martw się o Białoruś. Pamiętajcie, że ktoś pewnego dnia (tak jak w USA o Chiny po zwycięstwie Mao w Pekinie) może was zapytać: »Kto stracił Białoruś? «”.
Twój Leopold
Bruksela, 22.05.2011 r.
PS 14 maja Andrej Sannikau został skazany pięć lat kolonii karnej