"Wiosna arabska" zwycięża. W Europie. Rewolucjonistom na Bliskim Wschodzie nie udało się na razie obalić ani Assada, ani Kaddafiego, ale, być może, potrafią naruszyć jeden z filarów Europy.
Chodzi o traktat z Schengen z 1985 r., który znosi kontrolę osób na granicach wewnętrznych między 22 państwami Unii. A to drugie, po wspólnej walucie, największe osiągnięcie Europy.
Ostatnią fazę awantury wywołała Dania. Jej mniejszościowy rząd jest pod naciskiem nacjonalistów euro-bardzo-sceptycznych i wprowadził bez porozumienia z partnerami kontrole celne na granicach. Kopenhaga tłumaczy, że chodzi o kryminalistów i przemytników, ale "my - powiada dyskretnie Bruksela - wiemy, o kogo wam naprawdę chodzi".
Nie zaczęło się od Danii. Uchodźcy z Iraku, Afganistanu czy Pakistanu dawno już wślizgiwali się do strefy Schengen przez Turcję do Grecji. Potem okazało się, że Rumunia, kandydat do Schengen (małe szanse), musiała wyrzucać i karać setki celników, którzy za skromną opłatą wpuszczali nielegalnych do Europy.
Prawdziwy wybuch wywołał duet Francja - Włochy. Fala uchodźców z Tunezji czy Libii uderzyła najpierw w Italię, gdzie władze uzbrajały ich w dokument z prawem wstępu na obszar Schengen, a ci jechali przede wszystkim do Francji.
Paryż powiedział, że ma dosyć swoich problemów, że (to po cichu) spór o nielegalną emigrację zaważy na wyniku wyborów za rok. A w sondażach uszminkowany na przyzwoitą prawicę Front Narodowy pani Le Pen jest w czołówce.
W Brukseli trudno głośno wołać, że po problemach z euro teraz i wyśniona "Europa bez barier" jest zagrożona. Prywatnie zaś ostrzega się, że Włosi gotowi są wysadzić Schengen w powietrze.
Spokojnie, bez paniki. Zdecydowana większość państw należących do układu opowiedziała się kategorycznie przeciwko drastycznym zmianom w Schengen. Ale w obecnej atmosferze bez niegroźnych, ale wyraźnych koncesji się nie obejdzie. Z tym że to Unia, a nie poszczególne rządy, miałaby decydować o okolicznościach, kiedy może dojść do nałożenia delikatnych kajdanek na niektóre (wiemy jakie) kategorie "podróżnych".
Mój były premier, dziś europoseł i wojujący liberał, powiedział a propos muru wzniesionego przez Francuzów na granicy z Włochami, że "nie można grać w ping-ponga na plecach uciekinierów".
Nie wiem, nie próbowałem. Zamiast jednak grać w ping-ponga, może warto zastanowić się, jak to się stało, że 25 tys. uchodźców z gorącej Afryki Północnej zagroziło zamrożeniem swobody poruszania się setek milionów obywateli Europy.
Wnioski nie są wesołe. Po pierwsze, "wojna francusko-włoska" i cała awantura ujawniły fikcję, a co najmniej słabość, eurosolidarności, ustępującej z reguły egoizmowi państw. Po drugie, rzuciła ostre światło na inwazję populistów, zadających pytania, na które rządy demokratyczne nie mają odpowiedzi. Gabinety w Holandii, Danii, Austrii, Belgii (od roku bez rządu) czy Finlandii, które uchodzą - i słusznie - za model demokracji, są dziś w jakiś sposób uzależnione od stanowiska populistów. Po trzecie, jeszcze raz ujawniło się fiasko wszystkich prób integracji "obcych".
W Londynie odbyła się, przy tradycyjnej łaskawości policji brytyjskiej, agresywna manifestacja muzułmanów obrzucających obelgami Baracka Obamę za zabicie Osamy ben Ladena. A Wielka Brytania nie jest nawet członkiem układu z Schengen. Można sobie wyobrazić, jak by to wyglądało, gdyby była...
Źródło: Gazeta Wyborcza