Jaka jest różnica między felietonistą "Gazety" a ambasadorem Syrii w Londynie? Żadna. Ani on, ani ja nie uczestniczyliśmy w uroczystościach królewskich zaślubin Williama i Kate. Mojej nieobecności nikt nie zauważył, ambasadora zaś po prostu wyrzucono. I wszyscy to zauważyli. Ja bowiem zaproszenia nie otrzymałem (to na pewno błąd), a jemu - w ostatniej chwili - zaproszenie odebrano, ponieważ obecność przedstawiciela mordercy własnego narodu nie powinna psuć tak radosnej uroczystości.
Masowy morderca nazywa się Baszar al-Asad i jest prezydentem Syrii, którą odziedziczył po swoim ojcu Hafezie, też masowym mordercy.
Dynastię Asadów rozpoznaje się po trzech cechach charakterystycznych.
Po pierwsze, Asadowie należą do alawitów, sekty, która jest odpryskiem szyizmu i stanowi 10 proc. syryjskiego społeczeństwa. Asadowie muszą więc rządzić tą większością żelazną ręką, posługując się - i to jest to druga cecha tej dynastii - terrorem w wykonaniu doskonale wyszkolonego 300-tys. wojska.
Asadowie, ojciec i dwóch synów, nie należą do ludzi sentymentalnych. Kiedy w 1982 r. w mieście Hama wybuchło powstanie, tatuś zamordował 20 tys. jego mieszkańców. Nieco wcześniej, tytułem ostrzeżenia, rozstrzelał w więzieniu Tadmor koło Palmiry setki islamistów. Ta metoda rozwiązywania sporów politycznych zapewniła długowieczność dynastii, a obecny prezydent anulował właśnie stan wyjątkowy proklamowany w 1963 r., a więc przed swym urodzeniem.
I wreszcie dzięki tak umocowanej stabilizacji Syria wspomagana przez państwa dawnego ZSRR, popierana przez kraje arabskie, Turcję, a przede wszystkim Iran (finanse oraz broń) i mając do dyspozycji pożytecznych kiedy trzeba terrorystów z Hamasu i z Hezbollahu, odpowiada zgodnie z tradycją na próbę podjęcia przez Syryjczyków hasła arabskiej wiosny.
Godny dziedzic Hafeza al-Asada Baszar (z zawodu okulista) wysłał czołgi do miasta Dera, które było ogniskiem rewolty obejmującej cały kraj. Czołgi, podobnie jak snajperzy, strzelały do bezbronnego tłumu, w tym do wiernych wychodzących z meczetu po piątkowej modlitwie i do konduktów pogrzebowych ofiar masakry z dni poprzednich.
A świat zamyka oczy i uszy. Odebranie syryjskiemu ambasadorowi zaproszenia w Londynie było jedynym jak dotąd konkretnym aktem represji wobec morderców w Damaszku. Baszar al-Asad zdaje się korzystać z wyjątkowej tolerancji międzynarodowej, której nie doświadczali ani Ben Ali, ani Mubarak, ani Kaddafi. Nawet Obama, który tak starał się o poprawę stosunków ze światem muzułmańskim, zapowiedział reakcję na masakry Asada właściwie z ociąganiem.
Czyżby Syria stanowiła wyjątek? Tak. Wszyscy boją się pytania: Co po Asadzie? I jeszcze bardziej odpowiedzi: Bracia Muzułmańscy czekają tylko na okazję. A to znaczy rozłam kraju, masakrę alawitów, a przede wszystkim niesie groźbę destabilizacji regionu, napięcia z Izraelem, na co liczy, o czym marzy i w co mocno inwestuje Iran.
Dwie miary, dwie wagi? Znowu tak. W Paryżu czy Londynie Syria waży więcej niż Kaddafi w równowadze strategicznej regionu. Co robić? Zacząć karać, wprowadzić prawdziwe embargo na broń, odebrać wizy członkom gangu, zamrozić ich konta zagraniczne, anulować kredyty i współpracę z Syrią. I zmusić Radę Bezpieczeństwa ONZ (albo się bez niej obejść) do powstrzymania zbrodniarza nawet wbrew opozycji Chin i Rosji. Te ostatnie - inaczej niż w przypadku Kaddafiego - syryjskiego tyrana będą bronić.
A jeżeli nie jest to możliwe, to trzeba przeprosić i oddać zaproszenie ambasadorowi w Londynie.
Źródło: Gazeta Wyborcza