Rezolucja nr 1973 została po ciężkich zmaganiach uchwalona przez Radę Bezpieczeństwa ONZ 17 marca. Trzy państwa z prawem weta - USA, Francja i Wielka Brytania - głosowały za, dwa - Rosja i Chiny - się wstrzymały, bo obrona Kaddafiego nie była warta ryzyka wywołania napięć z pozostałą trójką.
Długa i nudna rezolucja upoważnia państwa gotowe się tego podjąć do ustanowienia, "przy użyciu wszystkich niezbędnych środków", strefy zakazu lotów nad Libią - tak aby samoloty dyktatora nie mogły z powietrza masakrować ludności cywilnej. Wszystkich, powtarzam, środków, z jednym wyjątkiem - "w jakiejkolwiek formie" wysłania obcych wojsk na terytorium Libii.
Samoloty francuskie, brytyjskie i amerykańskie obroniły najpierw od masakry mieszkańców Bengazi, a potem zajęły się likwidacją sił Kaddafiego, głównie czołgów.
Łatwo nie było i nie jest. Operacja okazała się znacznie bardziej skomplikowana niż strategia, której zresztą w ogóle nie ma. Libia to nie Tunezja. Operacja się przeciąga, nikt nie wie, jak się zakończy, jak długo potrwa i ile jeszcze ofiar spowoduje.
Rezolucja 1973 od razu budziła wątpliwości. Niebo jest puste, libijskie samoloty nie latają, ale - inaczej niż myślano w ONZ - zachodnie samoloty, od których niebo puste nie jest, nie wystarczą ani do zlikwidowania uzbrojonej dyktatury, zdecydowanej drogo sprzedać swą skórę, ani do skutecznej obrony ludności cywilnej. Rezolucja 1973, napisałem wtedy, jest na Libię za wąska.
Na dowód nie trzeba było długo czekać. Wbrew zaklęciom NATO, które przejęło operację, zmienia ona charakter, a rezolucja już pęka. Forteca i schronienie Kaddafiego w Trypolisie jest pod obstrzałem, ale jego ewentualna śmierć pod bombami nie mieści się w rezolucji, mandat nie wzywa do obalenia Kaddafiego i jego reżimu.
Włochy, Francja i Wielka Brytania wysyłają do Libii, też bez mandatu, tzw. doradców i instruktorów wojskowych, którzy mają uczyć dzielnych cywilów, przeciwników Kaddafiego, jak się bić i ryzykować życie zgodnie z podstawową logiką wojenną. Ci sami albo inni mają też uczyć buntowników posługiwania się nowoczesnym sprzętem wojskowym, w tym karabinami maszynowymi dostarczonymi przez Katar.
Doradcy i broń już rozsadzają rezolucję 1973. Rosjanie i Chińczycy, którzy bacznie patrzą NATO na ręce, natychmiast dostrzegli i dali głośno znać, że koalicja rozszerza operację, wychodzi poza mandat ONZ i łamie embargo na broń. Oba kraje uważają, że zrezygnowały (z wielkimi zastrzeżeniami) z prawa weta, aby umożliwić ochronę ludności cywilnej, a nie po to, by firmować zachodnią wojnę o ropę.
NATO kategorycznie zaprzecza: "Nie wyjdziemy poza tekst albo ducha rezolucji; przeciwnie, realizujemy ją zgodnie z jej literą i duchem". Niech się kłócą. Pażywiom, uwidim... Ja, skromnie z boku, mam tylko dwie uwagi.
Pierwsza to ta, że nauka cywilów potrwa, sprzętu, "doradców" rozmaitej rangi i hipokryzji będzie coraz więcej, wojna się zaostrzy, dojdzie do eskalacji działań, a równolegle pogłębiać się będą spory w łonie koalicji. Nawet najbardziej sprawiedliwa wojna wymaga strategii wojskowej, jasnej logiki politycznej i uczciwej rozmowy z narodem. W operacji "Libia" tego brak.
Druga uwaga to ta, że interwencja, pół wieku temu, Ameryki w Wietnamie zaczęła się również od wysłania doradców.
Źródło: Gazeta Wyborcza