Ostatnich kilka dni potwierdziło tę diagnozę, a Kaddafi postanowił osobiście to zilustrować. Kiedy mianowicie superpotężne komando Obama, Sarkozy i Cameron napisało, że "nie można sobie wyobrazić przyszłej Libii z Kaddafim u władzy", on sam sobie to wyobrażał i odbył triumfalny przejazd otwartym
samochodem ulicami Trypolisu - przy akompaniamencie wiwatów tłumu. Tak jakby chciał, może właśnie chciał, poddać próbie granicę cierpliwości przeciwników.
"Wielka trójka" uznała, że " Kaddafi must go", podobnie wypowiedzieli się uczestnicy kolejnych konferencji międzynarodowych. W Berlinie ministrowie NATO, w Kairze dygnitarze arabscy, w Dauha - kombinacja tamtych obu. Tylko że oni wszyscy nie wiedzą, jak to zrobić, a jak myślą, że wiedzą, to każdy ma inny pomysł. Z wyjątkową ostrością ujawniły się, chyba po raz pierwszy tak publicznie, różnice w NATO, zaryzykowałbym nawet, że bałagan.
Sytuacja jest paradoksalna. W libijskiej koalicji NATO jest tylko 14 z 28 państw członkowskich, a tylko sześć jest w akcji. Reszta, z Polską włącznie, stoi z boku. Jest tam natomiast jedno państwo nieczłonkowskie, Szwecja mianowicie, oraz Katar, Zjednoczone Emiraty i Bahrajn - arabskie mocarstwa naftowe o ograniczonej sile rażenia wojskowego. Wezwania Francji i Wielkiej Brytanii do nasilenia ataków lotniczych spotkały się raczej z obojętnością sojuszników. Prośba sekretarza generalnego NATO o dodatkowe samoloty zawisła w próżni.
Panuje pogląd, że nie należy dostarczać broni rebeliantom, bo oni nie wiedzą, co z tą bronią zrobić, a embargo nałożone przez ONZ i tak na to nie pozwala. Szkolić zaś ich nie wolno, bo potrzebni są zagraniczni instruktorzy, a rezolucja 1971 na to też nie pozwala. NATO w praktyce może więc bronić ludności cywilnej tylko pociskami z powietrza, które - jak wiemy - nie zawsze trafiają we właściwe cele. No i w ogóle widać, że sprawy do końca załatwić nie potrafią.
Pozostaje więc łagodna perswazja, czyli dyplomacja, mandat ONZ nie pozwala bowiem usunąć Kaddafiego przy użyciu siły, ale nie mówi, jak to załatwić inaczej. Rodzi się podejrzenie, że niektóre państwa, w NATO lub poza, nie są wcale przekonane o celowości pozbycia się dyktatora. Niepewność jutra Libii bez Kaddafiego i jego "aparatu", nieunikniony chaos w urządzaniu nowego państwa i możliwy w tej "transformacji" kryzys w handlu ropą oraz perspektywa inwazji uchodźców dotąd kontrolowanych przez Kaddafiego zasiała nieco wątpliwości co do realizmu hasła "Kaddafi won".
Nie jest dobrze. „Gdy naród zawołał: »Umrzem lub zwyciężym! «, panowie w stolicy bawili” lub konferowali w pałacach Szeherezady, a w Libii ginęli ludzie, kraj popadał w ruinę. Dlaczego? Przecież mimo współdziałania USA i NATO za zażegnywanie, a potem rozwiązywanie kryzysów w jej południowej części odpowiedzialna jest Europa.
Ale Europa znowu zawiodła, głowę ma w piasku. Jej konferencje to zebranie ludzi, którzy rozprawiają o zadaniach, zamiast je realizować. Czasem kosztem życia wielu niewinnych ludzi.