Sześć miesięcy temu puste krzesło weszło do historii. Jest symbolem ślepoty dyktatury, osiąga bowiem skutki odwrotne do zamierzonych.
Pierwsze z nich ciągle czeka w Oslo na chińskiego dysydenta Liu Xiaobo. Przygotowali je Norwegowie w nadziei, że będzie mógł osobiście odebrać pokojowego Nobla za rok 2010. Przypomina światu, że puste są również krzesła Liu w jego mieszkaniu w Pekinie. Wściekłość władzy dosięgła też jego żonę: jest zamknięta w czterech ścianach, całkowicie izolowana od świata, bez telefonu i dostępu do internetu.
Krzesło Liu nie stanowi wyjątku. W ubiegłą niedzielę aresztowany został na lotnisku w Pekinie, skąd miał odlecieć do Hongkongu,
jeden z najsłynniejszych artystów chińskich Ai Weiwei. Malarz, rzeźbiarz i architekt, współtwórca m.in. olimpijskiego stadionu w stolicy Chin, a równocześnie niezmordowany obrońca praw człowieka i bezwzględny krytyk chińskiej dyktatury.
Puste krzesła się mnożą. Bywa, że nie jedno, a dwa czekają na tego samego człowieka. Jedno na festiwalu w Berlinie, drugie - też puste - na festiwalu w Cannes, czekały na gościa honorowego i jurora - irańskiego reżysera Jafara Panahi. Czekano bez skutku, bo Panahi właśnie został skazany w Teheranie na 6 lat więzienia, 20 lat zakazu pracy i wyjazdu za granicę.
Panahi, którego dzieła zainicjowały "nową falę" w filmie irańskim, ostro krytykował tłumienie wolności i niesprawiedliwość społeczną reżimu ajatollahów. Jego filmy były tępione przez władze, a najczęściej zakazywane w Iranie, ale cieszyły się rosnącą popularnością i uznaniem (liczne nagrody) w Europie.
Kolejne puste krzesło stoi w Teatrze Wolności w mieście Dżenin na Zachodnim Brzegu Jordanu. Tam nie ma już na co czekać. Bojówka Hamasu zastrzeliła Juliana Mer-Chamisa, znanego izraelsko-arabskiego aktora, reżysera i działacza politycznego. Prowadził on w Dżeninie Teatr Wolności założony w obozie dla uchodźców przez jego matkę Arnę Mer - izraelską bojowniczkę o prawa człowieka w Palestynie. Ojcem aktora jest Saliba Chamis - izraelski Arab, komunista. Wystarczyło...
Pustych krzeseł będzie coraz więcej. W krajach dyktatury rozkręca się spirala i strachu, i zemsty. Na dwóch frontach.
Pierwszy jest ludzki. Represje mają na celu pacyfikację dysydentów i rozwianie iluzji co do szans, np. w Iranie czy w Chinach, realizacji jaśminowych (tak jak kiedyś pomarańczowych na Ukrainie) aspiracji w społeczeństwie. U nas, mówi policja, "wiosny arabskiej" nie będzie. W Chinach na razie więzienie starczy; w Syrii czy Palestynie już strzelają.
Drugi front jest technologiczny, chyba najgroźniejszy, bo to przeciwnik nie do pobicia. Można, naturalnie, próbować dławić internet, główną broń w rewolcie w Tunezji czy Egipcie, ale wojna z nimi, choć może potrwać, to próba beznadziejna. Rewolucja w komunikacji jest w marszu i żadna granica ani więzienie, ani drakońskie paragrafy zatrzymać jej nie potrafią.
Rzecznik rządu chińskiego ostrzegł świat, że żadnych interwencji zagranicznych tolerować nie będzie i uprzedził naród chiński, że "prawo nie stanowi żadnej ochrony dla osób próbujących destabilizować Chiny".
Spokojnie. Jaśmin kwitnie. Jest tego 200 gatunków. Starczy dla wszystkich. Kwestia czasu.