Dwa razy mała śródziemnomorska wysepka Lampedusa wchodziła do współczesnej historii. Pierwszy raz w 1956 r., kiedy Giuseppe Tomasi di Lampedusa (1896-1957), książę Parmy i książę Lampedusy, wydał książkę "Lampart", jedno z arcydzieł literatury XX wieku, sagę agonii epoki historycznej. Jej bohater książę Salina, fascynujący archetyp feudalnego arystokraty, jest świadkiem i zarazem aktorem końca swego świata. Żegna go wspaniałym balem w cudownej scenerii i zaproszeniem do tańca córki miejscowego prostaka, zarazem bogatego dorobkiewicza. Gest ten oznacza zgodę na historyczny mezalians - małżeństwo z jego siostrzeńcem Tancredim.
Z książki pozostały słynne cytaty. Najbardziej nadużywana jest kwintesencja cynizmu sformułowana przez Tancrediego, który już zdradził swoją klasę, jest oficerem Garibaldiego i radzi Lampartowi: Wszystko się musi zmienić, aby wszystko zostało po staremu. Otóż się mylił. Wszystko się zmieniło, ale nic nie pozostało po staremu.
Lampedusa (20 km kw.) leży bliżej (138 km) brzegów Tunezji i Libii niż Włoch. Dla wszystkich uchodźców z Afryki, uciekinierów od nędzy i upokorzenia, była od zawsze najwygodniejszym i najłatwiejszym do osiągnięcia skrawkiem wymarzonej Europy. Afrykanie masowo z tego korzystali, tym bardziej że Włosi wykazywali dużo zrozumienia dla ich losu i w miarę możliwości im pomagali, a nawet ich urządzali.
Ale w 2008 r. Berlusconi i Kaddafi podpisali wzajemnie "korzystny" traktat o przyjaźni. Libia postawiła tamę, a dopływ uchodźców spadł o ponad 90 proc.
Wydarzenia w Tunezji czy wojna w Libii "wszystko zmieniły". Wojna podniosła szlabany, nadała temu zjawisku charakter masowego exodusu koszmarnej fali nieszczęśliwych często całych rodzin z masą małych dzieci, a strumyk łódek zamienił się w regularny wahadłowy ruch statków z setkami wygłodniałych i zmordowanych "pasażerów".
Sytuacja jest tragiczna. Włosi ogłosili alarm humanitarny: Lampedusa ma 5 tys. mieszkańców, a na jej przyportowym, odgrodzonym skrawku tłoczy się 6 tys. uchodźców, którym brak wszystkiego. Od rewolucji w Tunisie na wyspie wylądowało 10 tys. osób, dwa razy więcej niż w ciągu całego roku 2010.
Sytuacja sanitarna jest nie do wytrzymania. Niewielkie wzgórze uchodźcy zamienili w toalety pod gołym niebem, zaduch okropny. Rząd uruchomił ewakuację w głąb lądu, ale dziennie przybywa więcej uchodźców, niż wyjeżdża. Rośnie napięcie, po obu stronach, dojdzie do dramatów. Berlusconi zapowiedział cuda, odwalił swój show na wyspie, obiecał Eldorado, jakaś liczba nieszczęśników została ewakuowana.
Ale Włosi sami sobie nie poradzą.
Lampedusa stała się miernikiem ograniczonych możliwości Europy w kwestii nielegalnej emigracji i azylu. Agencja Frontex, która ma kontrolować granice, nie ma własnych środków i musi prosić państwa o wypożyczanie policji, a wielkość potrzebnych funduszy zależy od rządów.
Komisariat ONZ od praw człowieka zaapelował do państw Unii o udzielenie przynajmniej prowizorycznej pomocy Włochom. Wołanie na puszczy.
Solidarność europejska w ogóle, a w sprawach ludzkich w szczególe, istnieje tylko do pewnego, powiedzmy delikatnie, ograniczonego stopnia, a biurokracja brukselska już nieraz bywała bezradna lub też zależna od dobrej (częściej - złej) woli swych członków.
Pewien dygnitarz powiedział, że uchodźców należy odsyłać do ich krajów. Żeby ich "witać" nazajutrz z powrotem? Dlaczego nie topić ich po drodze?! Ot, humanista!
Źródło: Gazeta Wyborcza