Dr Aue jest główną postacią porażającej przez wszystkie 900 stronic książki, napisanej po francusku przez Amerykanina Jonathana Littella, pod tytułem "Les Bienveillantes", po polsku "Łaskawe" (ma wyjść w październiku w Wydawnictwie Literackim), w aluzji do ironicznego pseudonimu Erynii, boginek kary i zemsty za zbrodnie.
Miałem szczęście, pisałem, albowiem mogłem spotkać dr. Aue w moim Lwowie, pierwszym mieście zajętym przez Hitlera po najeździe na ZSRR. I mogłem, gdybym tam spotkał dr. Aue, być jednym z publicznie powieszonych lwowskich Żydów. To wydarzenie, o którym dr Aue szczegółowo opowiada.
Powieść Littella zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Każdy epizod, choć a priori przecież powieściowy, przywoływał bowiem natychmiast mój własny los. Do dziś prześladuje mnie obezwładniająca, beznamiętna analiza, zimna, szczegółowa kronika, w której dr Aue, intelektualista, amator Bacha, kazirodca, homoseksualista, zamknął swój opis (w pierwszej osobie) zagłady Żydów na froncie wschodnim.
Pokonując połączone w moim odczuciu podziw i odrazę, byłem przekonany, że "Les Bienveillantes" uruchomią sumienia tak jak kiedyś "Gułag" Sołżenicyna. Byłem przekonany, że ciężar zgrozy tej powieści nigdy mnie nie opuści. Podobnie jak nie opuszcza mnie pamięć o tych, którzy - jak mówi dr Aue - nie pozostawili nikogo, kto by nosił po nich żałobę.
Dziś już jest mi lżej. Książka Littella nie nazywa się już "Les Bienveillantes", ale "Die Wohlgesinnten". Wyszła bowiem z wielkim hukiem i w wielkim nakładzie po niemiecku, jest w centrum ogólnoniemieckiej debaty.
Niemcy, to nic dziwnego, przeczytali ją inaczej niż ja. Ich lektura idzie szerokim frontem: od uznania dla "książki wielkiej i zimnej", aż po kpiny z kolejnego kiczu "w literackim Hitler-businessie". Poprzez zarzut sztucznej intrygi i pustych postaci, po poważną krytykę zarówno formy artystycznej, jak i merytorycznej treści książki.
Niemcy próbują odpowiedzieć na pytanie, co "Łaskawe" wnoszą nowego do literatury Holocaustu, jak i czym należy tłumaczyć sukces książki, w jakim stopniu niesłychanie urozmaicona, intelektualnie wyśrubowana postać dr Aue jest realistyczna, odpowiada portretowi nazisty, tak jak go Niemcy widzieli z bardzo bliska, bo u siebie w domu, na swojej ulicy, w mundurze i w akcji.
Krótko mówiąc, Niemcy odbrązowili "mojego" dr. Aue, uwolnili mnie od niego, zrelatywizowali i przenieśli mój odbiór "Łaskawych" ze sfery fascynacji do strefy pamięci, z fazy szoku do fazy namysłu. Czyli tam, gdzie "Łaskawe" Littella, tak jak, toute proportion gardée, "Strach" Grossa w Polsce, powinny się były od początku znaleźć.
"Łaskawe" na pewno nie są kiczem, to wielka i ważna powieść. Pozostaje pytanie, w jakim stopniu kat może mówić głosem swoich ofiar? Niemieckiemu wydaniu "Łaskawych" towarzyszy dyskusja nad możliwością przywrócenia w niemieckim wojsku rozdawanego hojnie przez Hitlera Krzyża Żelaznego. Dr Aue stale go nosił.
Źródło: Gazeta Wyborcza