Normalnego państwa libijskiego nigdy właściwie nie było. Jego obecne terytorium kolonizowali Fenicjanie, Grecy, Rzymianie, potem podbili je Arabowie, aż położyło na nim łapę w XIX wieku imperium ottomańskie. Potem zjawili się Włosi, a po nich, w czasie II wojny, alianci.
Niezależne i wspierane przez Zachód królestwo libijskie z Idrisem na tronie nic dobrego i trwałego z tą niezależnością nie zrobiło. Potem był pucz w 1969 roku i Muammar Kaddafi, który przez 42 lata prowadził Libię. Po pierwszych dziesięciu latach, kiedy nastąpiła istotna poprawa poziomu życia, przez kolejne lat 30 próbował wszystkich możliwych kombinacji dyktatury: od terroryzmu po przyjaźń i interesy z Zachodem.
Ale Kaddafi przesadził. Kiedy do Libii przyszła arabska wiosna, Kaddafi będący od dawna w stanie delirium, wypowiedział wojnę narodowi i ją przegrał. O bitwie o Trypolis napisano już wszystko lub prawie wszystko. Nie napisano np. wszystkiego o wojskowej roli Zachodu i co z tym zwycięstwem Zachód zamierza zrobić na froncie cywilnym. A łatwo nie będzie.
Wiadomo, że bez samolotów oraz francuskiej i brytyjskiej broni rebelianci nie wygraliby. Pani Lungescu, rzecznik NATO w Brukseli, zaprzecza, jakoby istniała koordynacja wojskowa z rebeliantami, i zapewnia, że rola Sojuszu ogranicza się do ochrony ludności cywilnej. Całkowitą dyskrecją pokryła znaczenie operacji wywiadowczych, rozpoznawczych i taktycznych NATO, bez których powstańcy nie mieliby szans.
Tak się dziwnie złożyło, że np. akurat w czasie ataku na Trypolis samoloty NATO rozwalały bazę i arsenał Kaddafiego w Syrcie. Shashank Joshi, londyński ekspert od Libii, tak mówi o baśniach szerzonych przez NATO. "To fikcja, która ma zaoszczędzić komplikacji dyplomatycznych. Nie wierzę w ani jedno słowo NATO". Korespondenci AFP i "Timesa" odkryli speców brytyjskich (SAS) ulokowanych z aparaturą w Zuwajtinie, 150 km od Bengazi.
Co z tym zwycięstwem zrobić, jak je przekuć w państwowy porządek, państwo prawa, demokrację? Jak administrować krajem zajmującym ponad 1,7 mln km kwadratowych i liczącym 6-8 mln mieszkańców (dokładna liczba nie jest znana), którzy rozdarci są na plemiona i klany. Niektóre żyją ze sobą w zgodzie, inne nie, ale wszystkie są dobrze uzbrojone. Jak rządzić państwem rozmontowanym przez rządzącego latami wariata, wywłaszczonym, nieposiadającym normalnej struktury administracyjnej, bez wojska, bez partii politycznych i bez parlamentu? I z kierownictwem rebelii składającym się z dawnych pionków Kaddafiego już ze sobą skłóconych, a nawet podejrzanych o mafijne morderstwa.
Bądźmy poważni. Nie rozmawiajmy o demokracji. Nie o demokrację, ale o jakiś porządek prawny, a przede wszystkim o zapewnienie w miarę normalnego wydobycia i
eksportu ropy (na szczęście infrastruktura naftowa nie została zniszczona) tutaj chodzi. Wszystko to nie będzie możliwe bez jakiejś mniej lub bardziej widocznej obecności Zachodu, także parawojskowej.
Od Zachodu zależeć będzie - przynajmniej w pierwszym, raczej długim niż krótkim okresie - jedność i stabilizacja oraz poszanowanie podstawowych choćby praw obywatelskich.
Agencje ONZ zapowiadają katastrofę humanitarną. Zachód będzie zobowiązany zapewnić zaopatrzenie w żywność, wodę, energię. Pieniądze już płyną, np. miliard dolarów z funduszów ONZ. Już widzę entuzjazm 27 ambasadorów NATO wezwanych do podpisywania kolejnych czeków. Taka jest odpowiedzialność Zachodu wynikająca z jego udziału w sukcesie wojskowym.
- Intensywne zaangażowanie Francji w operacji libijskiej to inwestycja w przyszłość - powiedział nie tylko w imieniu Paryża Alain Juppé, szef francuskiego MSZ. W tych warunkach wszelkie mówienie o demokracji w Libii jest zwyczajną hipokryzją.