"Kiedy umiera ostatni wielbłąd, umiera ostatni człowiek" - powiada stare przysłowie somalijskie. Spokojnie. Na razie są jeszcze wielbłądy w Somalii i są jeszcze ludzie. Ale najgorsza posucha od 60 lat dusi dziś Somalię i cały region Rogu Afryki. W Somalii cztery miliony ludzi znajdują się w bezpośrednim zagrożeniu śmiercią głodową. Tylko w ciągu ostatnich 90 dni umarło z wycieńczenia i głodu 30 tys. dzieci. Tysiące kobiet z dziećmi szuka schronienia za granicą, głównie w kolosalnym obozie w Kenii.
Te straszne statystyki i opisy w prasie po długim wahaniu poruszyły sumienia i otworzyły zachodnie portfele. ONZ woła o 2,5 mld dolarów, na razie wpłynął miliard. Ale pomoc - głównie żywność i lekarstwa - przychodzi zewsząd - z samych Stanów Zjednoczonych wartości prawie 600 mln dolarów. Czas nagli, transport dociera więc już także droga powietrzną.
Nie mam zastrzeżeń do pomocy płynącej ze świata Zachodu, wprost przeciwnie, ale pytam: gdzie jest bogata Afryka? Gdzie są miliardy petrodolarów muzułmańskich szejków Nigerii? Gdzie są
diamenty Konga i okolic? Gdzie są fortuny, których nakradli się rozmaici "prezydenci"? Czy nie można Afrykanów ratować od śmierci, odblokowując, choćby częściowo, majątki Ben Alego, Mubaraka czy Kaddafiego?
Państwo somalijskie praktycznie nie istnieje. Twór klanowy rozdzierany jest od lat wojną domowa, etniczną, najazdami z zagranicy, a przede wszystkim rabunkiem i gwałtami Szababu, brutalnej milicji związanej z Al- Kaidą. Życia ludzi i ich dobytku pilnować mają oddziały dostarczone przez Unię Afrykańską. Problem w tym, że nie pilnują, a zdarza się, że same gwałcą i rabują. A Zachód związany innymi wojnami wynajmuje do szkolenia wojska somalijskiego prywatnych instruktorów.
Czy w wojskach rozmaitych państw afrykańskich brakuje ludzi i broni, aby pomóc braciom w Somalii i raz na zawsze wyrzucić Szabab oraz innych bandziorów? Czy bezbronnych Afrykanów nie powinni bronić przede wszystkim inni Afrykanie?
Są w Somalii miejsca szczęśliwe. To bazy pirackie ze stolicą w porcie Eyl. Liczbę aktywnych piratów ocenia się w Somalii na blisko 1,5 tys. W pierwszym kwartale tego roku dokonali oni 142 operacji na Oceanie Indyjskim - porwali 15 okrętów i uwięzili kilkuset marynarzy, zabili siedmiu.
Piraci operujący w małych grupach - 6-12 osób - zgarnęli już miliony dolarów okupu do podziału. W pirackich osadach panuje porządek. Najgorzej opłacani są chłopi i ci od prostych usług. Stałą pensję mają "milicjanci" pilnujący porwanych statków i marynarzy. Dużo lepiej wiedzie się piratom - ci mają już procent od łupu, średnio po 15 tys. dolarów. Jeszcze lepiej zarabiają "inwestorzy", którzy pokrywają koszty pirackich ekspedycji.
Tu nie mam już pytań: w świecie somalijskich piratów Afrykanie nie potrzebują pomocy Afrykanów, bo sami sobie radzą. Wiadomo, że reszta okupu idzie w ręce Szebabu albo trafia do Al-Kaidy.
Brak międzynarodowych reguł prawnych sprawia, że na dziesięciu złapanych piratów dziewięciu wychodzi na wolność. Wraca do zabaw w Eyl i szykuje następny skok.