"The Day of Judgment", czyli "Dzień sądu ostatecznego". Tak zatytułował kairski
dziennik początek procesu Hosniego Mubaraka. Dzień był istotnie znamienny. Po raz pierwszy obalony arabski dyktator odpowiada za lata swego jedynowładztwa.
Jeszcze niedawno nikt w świecie arabskim, gdzie tyrani są wieczni, a władza pozostaje w rękach dynastii, nie mógł sobie choćby wyobrazić Mubaraka przed sądem, w klatce w sali w budynku akademii policyjnej, która nosiła jego imię. Nikt nie wierzył, że 19 generałów, których mianował Mubarak i którzy tworzą dziś Najwyższą Radę Wojskową mającą decydujący głos w Egipcie, ulegnie naciskowi tłumu i rzuci swego dowódcę jako kozła ofiarnego na pożarcie. To armia, powiada Rada, pozwoliła na rewolucje, a teraz sprawiła, że po raz pierwszy w świecie arabskim lud sądzi obalonego dyktatora.
Czy na pewno? Organizując ten proces, generałowie stojący na czele prawie półmilionowej armii załatwiają sobie kilka ważnych spraw. Zaspokajają w obliczu groźby nowych manifestacji wołanie o krew, nie przekazując cywilom żadnych swych prerogatyw i nie podejmując właściwie żadnej z zapowiedzianych reform ustrojowych.
Równocześnie proces Mubaraka ma przerzucić na klan oskarżonego odpowiedzialność za nadużycia popełnione podczas 30 lat dyktatury. A przewodniczący Najwyższej Rady Wojskowej gen. Mohammed Husejn Tantawi, archetyp człowieka skorumpowanego systemu, był przez 20 lat ministrem obrony Mubaraka.
Popularniejsza od policji armia, która dała Egiptowi wszystkich prezydentów od obalenia monarchii w 1952 roku i która umiejętnie fraternizowała się z tłumami w najgorętszym okresie rozruchów, nie powiedziała jeszcze, jak będzie naprawiać, modernizować, demokratyzować system, którego jest kręgosłupem i gwarantem. Oraz jak uwiarygodnić i zalegalizować swą kolosalną sieć gospodarczą przeżartą korupcją i związaną z niemniej skorumpowaną ośmiornicą interesów klanu Mubaraka. Pamiętajmy też, że doroczna, ponadmiliardowa subwencja przekazywana z Waszyngtonu trafia bezpośrednio do sztabu generalnego w Kairze.
Mimo swego egipskiego wymiaru proces w Kairze nie sprowadza się do kwestii starań o utrzymanie status quo. Dotyka zasadniczej i szeroko dyskutowanej w świecie - wcale nie tylko w krajach arabskiej wiosny - sprawy armia a demokracja.
Dyktatura nigdy nie jest fikcją, a armia jest jej transmisją do narodu. Współodpowiedzialność armii za lata dyktatury i za jej okrucieństwa oraz nadużycia w Egipcie nie ulega kwestii. To jej oddziały siały w kraju i opresję, i korupcję.
Armia nie jest izolowana. Tak jak sztab na górze, tak wojsko w kraju wchodziło w spółkę. Tamci z oligarchią i nomenklaturą, a ci niżej z bazarem, kupcami, klasą średnią. Grupy, które się bogaciły, popierają dziś armię, a nie ulicę, bo wiedzą, że to wojsko pilnuje, by lud nie przekroczył czerwonej linii.
Najwyższa Rada oznajmiła, że powoła grupę ekspertów w celu nakreślenia projektów przyszłej konstytucji, w tym cywilnej kontroli nad wojskiem. Nie bądźmy naiwni: Rada ma swoje kalkulacje i chodzi jej mniej o konstrukcje liberalnego i demokratycznego Egiptu, a bardziej o ochronę swego stanu posiadania i uniknięcie odpowiedzialności przed nowymi, demokratycznymi organami cywilnymi.
Mimo swego historycznego wymiaru proces Mubaraka nie poruszy naturalnie naprawdę podstawowych problemów Egiptu, ale sposób jego prowadzenia powie dużo o tym, jak miałby wyglądać nowy, liberalny i demokratyczny Egipt. Ale o tym zadecyduje wojsko.
Pomniki dyktatorów, powiada aforysta, są trwalsze za ich życia niż po ich śmierci. Wojsko trzyma się lepiej.