"Norwegii, powiada jej premier Jens Stoltenberg, masakra z wyspy Utoya nie zmieni. Norwegia pozostanie społeczeństwem otwartym, demokratycznym, a nawet bardziej niż przedtem tolerancyjnym, bez naiwności, ale i bez zaostrzenia środków bezpieczeństwa. Nie łagodzi się żałoby, ograniczając demokrację".
Być może. Tylko że mi nie chodzi o żałobę, a o to, żeby móc jej uniknąć. Sam premier zresztą ma chyba wątpliwości, bo zapowiedział powołanie specjalnej komisji do zbadania okoliczności zamordowania przez Andersa Behringa Breivika ponad 70 osób oraz sposobu, w jaki odpowiednie organa na ten dramat zareagowały.
Badanie potrwa, znaków zapytania jest ciągle dużo. Wydaje mi się, że do długiej listy otwartych kwestii warto dodać dwie.
Pierwsza dotyczy policji bez broni. Norwegia jest obok Wielkiej Brytanii i Islandii jednym z trzech takich krajów w Europie. Statystyka zbrodni jest w Norwegii wyjątkowo niska: 29 morderstw na 4,5 miliona mieszkańców. Paradoks sprawia przy tym, że Narodowa Federacja Strzelców liczy 160 tys. członków, że broń ma w domu co piąty mieszkaniec Norwegii. Miłość Norwegów do broni, rodem z pasji do polowań, nie spowodowała nawet anulowania w tym tygodniu, kilka dni po dramacie, mistrzostw strzeleckich z udziałem 4 tys. zawodników. Krótko mówiąc, w Norwegii broni nie mają tylko policjanci.
Komenda policji broni swoich rozbrojonych funkcjonariuszy. Wprawdzie reakcja policji na oba zamachy nie wszystkich przekonała, ale - jak sądzę - nawet gdyby policjanci byli uzbrojeni, to w tych okolicznościach nie zdołaliby przeszkodzić Breivikowi w zabijaniu jednej młodej osoby co minutę.
Co nie znaczy - i to jest mój drugi znak zapytania - że nawet bez broni jest się bezbronnym. Seneka powiedział, że "najgorszy jest tłum", a Spengler (w parafrazie) dodał: Główną cechą tłumu jest zaufanie do władzy.
Otóż moim zdaniem nieznajomość tej prawdy jest u źródła dramatu. Nie wiem, jak to jest na różnego rodzaju woodstockach, ale nawet niewielkie konflikty (narkotyków i alkoholu wszak na ogół nie brak) wymagają interwencji jakiejś, nawet bezbronnej, władzy.
W konkretnych warunkach na wyspie Utoya masakry uniknąć by się chyba nie udało, ale widoczna obecność jakiegoś typu dojrzałej ochrony zmieniłaby na pewno stosunek sił na wyspie. Nawet gdyby zaczęło się od ofiar, widoczna ochrona nie pozwoliłaby być może na skoncentrowanie tłumu w jednym miejscu, utrudniłaby "polowanie", w każdym razie na tak koszmarną skalę, na cele nie skupione razem, ale rozproszone w zalesionym terenie.
Nie wiem, co podziałało tu bardziej: lekkomyślność, niedbalstwo, brak wyobraźni czy wiara w magię demokracji norweskiej mającej zamienić Norwegów w grupę aniołów. Tylko że lekkomyślności się nie improwizuje.
Przekonanie, że przy lekceważeniu środków ostrożności nic złego np. w tłumie na wyspie się stać nie może, jest wbita w mentalność i społeczeństwa, i władzy. Jest częścią tej magii.
Bardzo niesłusznie. Nawet w norweskiej demokracji zachodzą wydarzenia, które powinny być nieraz poprzedzone podjęciem daleko posuniętych środków ostrożności. A młodzi w tłumie to właśnie takie wydarzenie.
Przewidywać jest trudno, zwłaszcza przyszłość - powiada humorysta, ale tu do śmiechu daleko. Zdrowie (w tym wypadku bezpieczeństwo) zależy w większym stopniu od profilaktyki niż od lekarzy (czyli władzy). To zauważył już Jacques-Bénigne Bossuet w XVII wieku.
Źródło: Gazeta Wyborcza