Pociski i nagrody są kwestią przypadku: trafiają zarówno sprawiedliwych, co i niegodziwców. Władimir Putin miał pecha.
O farsie z udziałem Putina i "Kwadrygi" "Gazeta" kilkakrotnie pisała. Jeżeli wracam do niej (po tygodniowej - siła wyższa - przerwie), to dlatego, że interesuje mnie inny, chyba nieporuszony, a ważny aspekt tej sprawy.
Chodzi mi w ogóle o kwestie nagród i o paradoks, który sprawia, że niektóre z nich osiągają skutki dokładnie odwrotne od zamierzonych. Na przykład właśnie niemiecka nagroda "Kwadrygi": zamiast honoru jej jury zanurzone we wstydzie wyrządziło sobie krzywdę. A Putinowi wyrządziło krzywdę jeszcze większą.
Pierwszą ofiarą powinna być sama nagroda. Nie wyobrażam sobie, aby szanujący się członek niemieckiej elity chciał teraz wejść w skład kapituły tej nagrody. Wytypowanie Putina do tej nagrody można bowiem tłumaczyć na wiele sposobów, ale na pewno czytając uzasadnienie zredagowane przez 19 wybitnych jurorów widac w nim brak wyobraźni, głupota, lizusostwo i korupcję (polityczną, nie finansową) z prawdopodobnie Gerhardem Schröderem, byłym kanclerzem a dziś urzędnikiem Putina w roli być może nawet głównej. Konkluzja: nagroda "Kwadrygi" powinna zniknąć, a dotychczasowi laureaci - jak zagroził jej zdobywca Vaclav Havel - oddać insygnia.
Drugą i główna ofiarą jest sam Putin. W dużej części sam sobie winien. Zgubiła go pewność siebie i arogancja. Powinien był - przecież Kreml wie co się dzieje w Berlinie - przewidzieć skandal i dyskretnie oraz na czas usunąć się z listy kandydatów. Nie zrobił tego i jury miało wolne ręce i ślepe oczy. A świat dowiedział się, że według kapituły "Kwadrygi" Putin to polityk o "oświeconym umyśle", który może służyć za wzór i wyznacza kierunek na przyszłość".
Awantura wybuchła na miarę Kwadrygi. Jury za późno zrozumiało gafę i oznajmiło, że "z głębokim żalem, pod rosnącą presją krytyki prasowej i świata politycznego oraz z uwagi na ryzyko dalszej eskalacji musi anulować nagrody roku 2011". I rzeczywiście musiało.
Kreml, to jasne, próbował wyciszyć sprawę. Prezydent Miedwiediew ostro skrytykował kapitułę nagrody uznając, że całe zamieszanie "to niemiecki
ból głowy, a nie rosyjski" i że w jego ocenie historia nagrody Kwadrygi dobiegła końca.
Miedwiediew się myli. Co prawda rząd niemiecki skromnie się wycofał, bo chodziło o "sprawę prywatna", ale ponieważ nie mógł całkowicie milczeć, to jego rzecznik jednak wyszeptał, że "wita z zadowoleniem fakt, iż Władimir Putin tej nagrody nie otrzyma".
Opinia publiczna poszła znacznie dalej. Uznała, że wyróżnienie Putina, pogromcy Czeczenów, dusiciela wolnego słowa i opozycji nie tylko dyskredytuje nagrodę, ale kompromituje samego Putina. Nagroda zaś powinna była raczej wyróżnić zamordowaną Annę Politkowską, ikonę praw człowieka w Rosji. I co gorsze mimo wymazywania z prasy samej informacji (jest przeciez Internet), "wędrująca" Kwadryga ośmiesza premiera w oczach rosyjskiej opinii publicznej. Mężowie stanu nie potrzebują bowiem nagród, zwłaszcza fałszywych, opinii powinno wystarczyć ich nazwisko.
Na koniec dwie uwagi. Putinowi dedykuję refleksję, że są dwa rodzaje nagród: te, które się dostaje i te na które się zasłużyło. Putin dostał obie i obie musiał oddać. I to nie członkom jury Kwadrygi, ale opinii publicznej.
A pod adresem byłego (mam nadzieję) jury Kwadrygi kieruję ostrzeżenie, że nagroda nie zawsze nagradza zasługi. Czasem uczestniczy w ukrywaniu zbrodni.