"Minister spraw zagranicznych, w odróżnieniu od parlamentarzystów, uważa, że obietnice składane wielokrotnie Polakom i dotychczas niespełnione należy zacząć spełniać" - napisał wczoraj "Vilniaus Diena". Zdaniem dziennika szef MSZ Petras Vaitiekunas "cieszyłby się, gdyby w miejscowościach, w których mieszkają mniejszości, nazwy ulic, obok wersji litewskiej, były pisane w językach polskim, białoruskim czy rosyjskim".
Cytowana przez gazetę wypowiedź ministra to kolejny zwrot w sporze o pisownię polskich nazwisk - jednym z najbardziej drażliwych problemów na linii Warszawa - Wilno. To z tego powodu szef polskiego MSZ Radosław Sikorski w niedawnym sejmowym exposé, wymieniając kraje, które nie do końca przestrzegają praw mniejszości, umieścił Litwę obok Białorusi.
Polacy na Litwie mają problemy z pisownią nazwisk, bo Litwini automatycznie przerabiają na litewską modłę wszystkie obco brzmiące nazwiska. Zamiast Emilii Plater jest Emilija Platerite, a z przysłowiowego Kowalskiego robi się Kovalskis lub co najwyżej Kovalski, bo od kilku lat litewskie władze nie dopisują na siłę litewskich końcówek, lecz tylko zamieniają litery niewystępujące w litewskim alfabecie, jak "w".
Dla ponad 200 tys. Polaków obywateli Litwy to ciągle za mało. Od dziesięciu lat walczą o to, by ich nazwiska były pisane zgodnie z polskim alfabetem. Największego pecha mają ci, w których nazwiskach jest "ł", "ć", "ź" czy "ś", których nie ma w litewskim alfabecie. Kłopotem są też nazwiska z "cz" i "sz".
Problemu pisowni nazwisk nie udało się załatwić nawet w czasach "strategicznego" partnerstwa, jakie z Litwą budował rząd PiS. Dziś wydaje się, że jest do tego bliżej niż dalej. Rok temu rząd litewski przyjął projekt ustawy o pisowni nazwisk, który przewiduje możliwość wykorzystania polskich liter.
Jednak puryści polityczni i językowi uważają, że na Litwie nazwiska muszą być pisane po litewsku, bo ustawa o języku jest ponad ustawą o prawach mniejszości. W Wilnie uważa się też, że wprowadzenie do produkcji paszportów i dowodów z niewystępującymi w litewskim alfabecie znakami jest trudne z punktu widzenia technologii i kosztowne.
Właśnie z powodu tych kontrowersji ustawa nie trafiła dotąd do litewskiego Sejmu. W zeszłym tygodniu oliwy do ognia dolał jeden ze znanych lituanistów. Profesor Vincas Urbutis obdarował posłów zaangażowanych w pracę nad ustawą swą najnowszą książką. Udowadnia w niej m.in., że zgoda na polskie znaki diakrytyczne będzie zdradą języka litewskiego.
A jednak w litewskim Sejmie jest wola, by wreszcie załatwić tę sprawę. Ustawa zostanie poddana pod obrady być może już po wakacjach. Litewski poseł z ramienia konserwatystów Emanuelis Zingeris zapewnia "Gazetę", że mimo kontrowersji sprawa będzie załatwiona. - Skoro udało nam się zrobić 3 maja (dzień uchwalenia Konstytucji 3 maja) także świętem Litwy, to poradzimy sobie z literkami - mówi Zingeris.
* Tak brzmiałoby nazwisko autora zgodnie z zasadami języka litewskiego. Mógłby się też podpisywać Jacek Pavlicki
Źródło: Gazeta Wyborcza