Teatralnego szeptu prezydenta do min. Andrzeja Krawczyka nikt pewnie by nie usłyszał, gdyby nie las czułych mikrofonów przed jego nosem.
W piątek ekipy telewizyjne i radiowe odsłuchały dokładnie nagranie z konferencji prasowej w Brukseli, która zakończyła się w czwartek tuż przed północą. Wszystkich wprawił w osłupienie jeden fragment: pod koniec min. Krawczyk zapytał szeptem prezydenta, czy już kończyć konferencję prasową. - Jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym - odpowiedział prezydent.
Z wcześniejszej wymiany zdań między prezydentem a szefową dyplomacji jasno wynikało, że prezydent miał na myśli jedną ze stałych polskich korespondentek w Brukseli
Kiedy w piątek dziennikarze pytali prezydenta, dlaczego nazwał dziennikarkę "małpą w czerwonym", próbował zignorować pytanie. W końcu odparł, że nie będzie komentował podsłuchów. Dziennikarze nie ustępowali: to nie był żaden podsłuch, tylko wypowiedź przy włączonych mikrofonach, o czym prezydent i jego doradcy wiedzieli. Wówczas prezydent zmienił linię obrony, mówiąc, że była to "prywatna wymiana zdań".
Czy Lech Kaczyński tak właśnie prywatnie nazywa dziennikarzy? - Prywatnie nazywam ich różnie, podobnie jak i innych ludzi - bronił się prezydent. - Zresztą w tym wypadku nie chodziło o urodę.
Co na to dziennikarka? - Muszę się zastanowić, czy chcę komentować całe to zamieszanie - powiedziała "Gazecie". Prezydent po konferencji nachylił się nad nią i powiedział jej coś do ucha.
Dotychczas największą gafą Lecha Kaczyńskiego było słynne "Spieprzaj, dziadu!" - tak powiedział w 2002 r. do nachalnego mieszkańca Pragi Północ podczas kampanii wyborczej na prezydenta Warszawy.
Podobne wpadki miewali też inni znani politycy, np. mikrofony wychwyciły, jak prezydent USA George Bush nazwał "dupkiem" dziennikarza "New York Timesa".
Źródło: Gazeta Wyborcza