Stephen Hester podjął decyzję o zrzeczeniu się swego bonusu za 2011 r. w niedzielę późnym wieczorem. Zarabiający rocznie 1,2 mln funtów bankier przebywał akurat na wakacjach w Szwajcarii, gdzie ma domek w Verbier. Według telewizji Sky News szef RBS nie przyjmie prawie miliona funtów w akcjach - głównie dlatego, że nie chce zostać zlinczowany przez media i upokorzony przez polityków.
Sprawa premii Hestera, który przy pomocy państwa wyprowadził RBS na prostą, nie schodziła z czołówek brytyjskich gazet od piątku. Brytyjczycy wściekli się na to, że bank ledwo uratowany przez rząd przed bankructwem (82 proc. udziałów ma skarb państwa, który trzy lata temu wpompował w niego 45 mld funtów) gotów jest wypłacić tak horrendalną premię swemu szefowi. I to w czasie, kiedy rząd bezlitośnie tnie publiczne wydatki, zwykli obywatele zaciskają pasa, a sam RBS ogłosił niedawno likwidację 3,5 tys. miejsc
pracy.
- Stephen Hester zrobił dobrze. To wstyd, że w tej kwestii odpowiednio nie zachował się rząd Davida Camerona, który stracił kontakt z rzeczywistością - mówił w poniedziałek szef Partii Pracy Ed Miliband. Ten beznadziejnie radzący sobie dotąd w roli przywódcy opozycji polityk nabrał nagle wiatru w żagle - na decyzję Hestera wpłynęła bowiem groźba ze strony Milibanda zwołania w sprawie premii prezesa RBS specjalnej debaty w Izbie Gmin.
Gdyby bowiem do niej doszło, nie tylko laburzyści, ale i część posłów współrządzących torysów i liberalnych demokratów mogłaby zagłosować za odebraniem Hesterowi rocznego bonusu. Jak tłumaczy komentator BBC Robert Peston, szefostwo RBS zrozumiało, że niemal państwowy bank nie może wojować z parlamentem w sprawie premii dla swego szefa.
Z decyzji Hestera ucieszył się brytyjski minister finansów George Osborne, który wcześniej odmówił interwencji w sprawie premii, tłumacząc, że rząd nie powinien mieszać się w wewnętrzne decyzje zarządu banku. To tradycyjnie torysowskie, liberalne podejście krytykowała część wpływowych konserwatystów z burmistrzem Londynu Borisem Johnsonem na czele.
Na Wyspach nie brak jednak głosów, że wymuszenie na prezesie jednego z największych brytyjskich banków zrzeczenia się premii to niebezpieczny precedens, który w przyszłości zwiększa ryzyko mieszania się polityków w sprawy różnych firm. Sam Miliband już zapowiedział: - Potrzebujemy rządu, który nałoży podatki na bonusy bankierów i przywróci zarządom ducha odpowiedzialności.
- Na całej awanturze skorzystała właśnie Partia Pracy, bo to ona może sobie przypisać powstrzymanie wypłaty bardzo niepopularnej społecznie premii. Laburzyści mogą teraz doprowadzić do sytuacji, w której rząd będzie musiał ograniczyć premie prezesów w sektorze publicznym - mówi "Gazecie" Alan Shipman z brytyjskiego Open University z Milton Keynes.
Według Shipmana reprezentująca kiedyś interesy
robotników i biedniejszych Brytyjczyków Partia Pracy nie pójdzie jednak na "wojnę klasową" z rządem konserwatystów i liberałów o
pensje bonzów londyńskiego City: - Żeby wrócić do władzy, laburzyści muszą odzyskać głosy klasy średniej. Atakując nie do końca uzasadnione premie, Partia Pracy może zdobyć serca średniej rangi menedżerów w takich organizacjach jak RBS, którzy z powodu takich szefów jak Hester tracą
pracę albo muszą zgodzić się na zamrożenie pensji.
Brytyjskie media rozpisywały się niedawno, że zarobki dyrektorów stu największych korporacji notowanych na londyńskiej giełdzie w ramach elitarnego indeksu FTSE-100 wzrosły w 2010 r. średnio o 49 proc. i wynoszą 2,6 mln funtów rocznie. W tym samym czasie średnia wzrostu płac w całym kraju sięgnęła 3,2 proc.