- Myślę, że nie należy kupować warzyw z Holandii. Wolę produkty z Turcji i Hiszpanii - mówił w niedzielę Basescu rumuńskiej telewizji podczas zakupów w jednym z supermarketów w Bukareszcie.
Prezydent jeszcze w piątek publicznie skrytykował Holendrów za podtrzymywanie weta w sprawie Schengen. Stwierdził, że upieranie się przy tym w sytuacji, gdy Komisja Europejska uznała, iż
Rumunia i
Bułgaria są gotowe na zniesienie kontroli granicznych i zgadzają się z tym inne państwa członkowskie UE, to po prostu nadużycie.
Rozzłoszczony Basescu zbeształ też Holendrów za tradycyjną politykę tolerancji: - Rumunia ma Albitę [przejście graniczne na granicy z Mołdawią], oni mają Rotterdam. To nie Albita jest bramą, przez którą dostają się przemycane papierosy, alkohol czy narkotyki. To nie Rumunia zalegalizowała prostytucję, bo nie mogła jej zwalczyć. Rumunia walczy z prostytucją na tyle, na ile może. To nie Rumunia zalegalizowała narkotyki, lecz walczy z nimi, tak jak może.
Te słowa nie wywołały jednak wzburzenia w Holandii. Dopiero po wezwaniu do bojkotu pomidorów i innych warzyw w tamtejszym politycznym świecie zawrzało. - Rumunia powinna zająć się walką z korupcją, a nie bojkotem naszych warzyw - mówił poseł Jan Ormel z chadeckiej partii CDA, która wchodzi w skład rządu. Jego zdaniem sprawą powinien zająć się szef dyplomacji Uri Rosenthal.
Eurodeputowana Esther de Lange postanowiła odpowiedzieć na bojkot w niecodzienny sposób - zapowiedziała, że rumuńskim kolegom z europarlamentu wręczy w prezencie kosz holenderskich warzyw. - Nasze warzywa są w porządku. Rumunia nie może, ot tak, zablokować ich importu z przyczyn politycznych - mówiła holenderskiemu
radiu de Lange.
Choć nie jest jasne, czy Rumuni podchwycili apel swego prezydenta, holenderscy europosłowie potraktowali sprawę poważnie. Według tamtejszych mediów wystosowali w tej sprawie interpelację do Komisji Europejskiej.
Precedens już jest, bo we wrześniu Rumuni zablokowali na granicy kilkanaście holenderskich ciężarówek z cebulkami tulipanów. Oficjalnie władze sanitarne stwierdziły, że cebulki mogła zaatakować groźna bakteria. Nieoficjalnie sprawa miała związek z holenderskim wetem.
Brak zgody na poszerzenie Schengen o Rumunię i Bułgarię to jedna z największych porażek kończącej się właśnie polskiej prezydencji w Radzie UE. Warszawa starała się, by Sofia i Bukareszt weszły do strefy jeszcze w 2011 r. Wiedząc, że Holendrzy mają w tej sprawie wątpliwości, polskie MSZ i MSW zaproponowały kompromisowe rozwiązanie: kontrole paszportowe miałyby być zniesione w tym roku na lotniskach i w portach, a dopiero w 2012 r. na granicach lądowych.
Na wrześniowym posiedzeniu ministrów spraw wewnętrznych krajów UE takie rozwiązanie odrzuciły Holandia i
Finlandia. Haga stwierdziła, że Rumunia i Bułgaria nie są wystarczające wiarygodne, by powierzyć im ochronę zewnętrznych granic Unii oraz dostęp do informacji systemu Schengen. Helsinki zaś nie zgodziły się na to, by proces przystąpienia składał się z dwóch etapów. W październiku m.in. po interwencji Polski Finlandia wycofała swój sprzeciw.
Holandia nie ustąpiła, a oficjalnie za jej decyzją stały względy merytoryczne. Minister ds. imigracji Gerd Leers tłumaczył, że zanim jego kraj da zielone światło Sofii i Bukaresztowi, musi być przekonany, "że poprawiła się sprawność sądów oraz sił
policyjnych walczących z przestępstwami".
Nieoficjalnie centroprawicowy rząd Marka Ruttego ugiął się pod presją niechętnych rozszerzaniu Schengen populistów z Partii Wolności Geerta Wildersa. Ugrupowanie zawarło parlamentarną koalicję z mniejszościowym gabinetem Ruttego.
- Nie chcemy polskich bezrobotnych, nie chcemy płacić emerytur Greków, nie chcemy też rumuńskich żebraków - mówił w lipcu eurodeputowany Barry Madlener z partii Wildersa. W ten sposób zareagował na wystąpienia premiera Donalda Tuska, który przekonywał, że jedynym rozwiązaniem problemów Unii jest pogłębienie integracji.