Po piątkowym wecie premiera Davida Camerona w Brukseli Brytyjczycy zostali sami na obrzeżach pękającej w szwach Unii. Udają jednak, że się nic wielkiego się nie stało. A w odgrywanym właśnie na Wyspach przedstawieniu pt. "Europa" każdy odgrywa swoją rolę: rządzący konserwatyści są twardzielami, którzy w Brukseli walnęli pięścią w stół, ich koalicjanci Liberalni Demokraci udają, że się tym zmartwili, a opozycja robi wrażenie, że jest wściekła.
Na kontynencie rząd, który zawetowałby ważną umowę międzynarodową, narażając kraj na izolację w tak ważnej organizacji jak Unia Europejska, w zasadzie powinien podać się do dymisji. W Wielkiej Brytanii na pewno do tego nie dojdzie, bo Europa postrzegana jest na Wyspach jako coś obcego, coś, przed czym trzeba się bronić, coś, co zagraża brytyjskiej suwerenności. Unia to jednym słowem coś "made in France", ale nie tak dobre i smaczne jak francuska bagietka czy wino.
U podłoża takiego myślenia stoi brytyjski eurosceptycyzm - skomplikowane zjawisko mające podłoże historyczne, geograficzne i psychologiczne. Brytyjczycy szczycą się odmienną tradycją prawną (nie mają np. spisanej konstytucji), z niechęcią przechodzili na system metryczny, piwo piją pintami, a nie litrami i wciąż wolą ważyć w funtach niż w kilogramach.
Przez całe wieki oddzielona kanałem od reszty Europy Anglia toczyła wojny z kontynentalnymi mocarstwami, głównie z Francją. W czasach największej świetności imperium brytyjskiego w drugiej połowie XIX wieku
Londyn nie potrzebował Europy, na którą patrzył z irytacją i znacznie bardziej interesował się swymi zamorskimi koloniami.
Ale wkrótce po II wojnie światowej Imperium legło w gruzach, a na dodatek zwycięzcy Brytyjczycy wychodzili z wojennej zapaści dłużej i z większym trudem niż przegrani
Niemcy. Kiedy w latach 50. Europa zaczęła się integrować wokół Wspólnoty Węgla i Stali, Brytyjczycy postanowili trzymać się z daleka i tylko obserwować rozwój sytuacji. Kiedy zrozumieli, że europejska integracja jest w ich gospodarczym interesie, francuski prezydent Charles de Gaulle powiedział Brytanii "nie".
Po odejściu de Gaulle'a od władzy Brytyjczycy w 1973 roku w końcu doszlusowali do Unii, ale ta największą prosperity miała już za sobą. Potem Wielką Brytanię dotknął kryzys paliwowy i wielka inflacja. To wszystko oraz fakt, że weszli do Wspólnoty ze sporym opóźnieniem sprawiło, że nigdy nie identyfikowali się całkowicie z Unią. Nie byli wszak jej ojcami założycielami.
Londyn szybko stał się jednym z filarów Wspólnoty (przynajmniej rynkowym), a za rządów laburzysty Tony'ego Blaira
Wielka Brytania znalazła się w centrum Unii. Ale nie oznaczało to, że Brytyjczycy byliby skłonni zamienić funta na euro. Choć w przeszłości obie wielkie brytyjskie partie były źle nastawione do Unii, ostoją niechęci do dalszej integracji została obecnie Partia Konserwatywna, zaś jej przywódca i premier stał się niewolnikiem tych nastrojów.
Między innymi dlatego Cameron pozostawił Wielką Brytanię poza powstającą Unią Stabilności. Jego weto w sprawie zmian w europejskich traktatach dowodzi, że narastająca od lat brytyjska
schizofrenia w sprawie Europy pogłębia się. W największym skrócie polega ona na tym, że dla Brytyjczyków obrona interesu narodowego w Unii stała się ważniejsza niż sam interes narodowy.
Ten wyimaginowany interes narodowy, którego trzeba bronić, to powstrzymywanie integracyjnych zapędów Niemiec i Francji oraz obrona londyńskiego City. Problem w tym, że to od przyszłości wspólnej europejskiej waluty, a nie twardości Camerona, zależy losy 62 mln Brytyjczyków - ich miejsca pracy, kurs funta, prosperity.
Wie to dobrze zarówno premier Cameron (przyznał publicznie, że zażegnanie kryzysu euro jest w interesie Wielkiej Brytanii), jak i opozycja. Nie rozumie tego, niestety, brytyjska opinia publiczna.
Eurosceptyczne w większości media zakorzeniły w świadomości wyspiarzy fikcyjny obraz Unii odbierającej suwerenność swoim członkom. Trudno się dziwić, że już w niedzielę w sondażu opublikowanym przez "Daily Mail" aż 62 proc. Brytyjczyków uznało piątkową decyzję Camerona za słuszną, a tylko 19 proc. oceniło ją źle.
Klasa polityczna na Wyspach - być może ze strachu, a może ze zwykłej wygody - nigdy nie starała się zweryfikować błędnego postrzegania Unii. Nie odważyła się też na rzetelną debatę publiczną o Europie w mediach. Nawet partia najbardziej proeuropejska, czyli Liberalni Demokraci, schowała swój euroentuzjazm do kieszeni, wchodząc ponad rok temu do koalicji z eurosceptycznymi konserwatystami.
Znamienne, że wicepremier i liberał Nick Clegg, wielki zwolennik zacieśniania więzów z UE, potrzebował aż dwóch dni na delikatną w sumie krytykę weta Camerona. O ile jeszcze w piątek mówił, że weto było jednym rozwiązaniem, to w niedzielę przyznał, iż było złe dla Wielkiej Brytanii.
Koalicja, owszem, zatrzeszczała, ale już w poniedziałek inny prominentny polityk Liberalnych Demokratów, sekretarz w ministerstwie finansów Danny Alexander zapewniał, że różnica zdań w sprawie weta nie zagrozi koalicji.
Poniedziałkowa debata w Izbie Gmin w sprawie weta nie przyniosła żadnego przełomu. Zgodnie z podziałem ról opozycyjna Partia Pracy krytykowała premiera (ale nie aż tak, by domagać się jego dymisji), a konserwatyści chwalili twarde stanowisko Camerona.
Związani z opozycją komentatorzy wskazują jednak, że wetując pomysł zmian w traktacie, Cameron nie uzyskał w zasadzie nic poza uspokojeniem eurosceptycznych nastrojów w Partii Konserwatywnej. - To pierwsze weto w historii Unii, które niczego nie zatrzymało - skwitował laburzysta i były szef dyplomacji David Miliband.
Zarówno eksperci, jak i opozycyjna Partia Pracy, uważają słusznie, że londyńskiego City nie da się skutecznie bronić, pozostając poza nowo powstającym paktem.
Co teraz zrobią Brytyjczycy? Łatwo nie ustąpią. Minister finansów George Osborne przebąkuje, że Londyn nie przystanie na to, by wspólnotowe instytucje, takie jak Komisja Europejska, pracowały na rzecz porozumienia międzyrządowego. Komisja - w myśl porozumienia z Brukseli - ma wnioskować o sankcje dla krajów łamiących dyscyplinę budżetową w nowym pakcie. Z punktu widzenia unijnego prawa Londyn ma rację - Komisja w zasadzie nie ma prawa tego robić. Oczywiście Niemcy i
Francja będą próbowały nagiąć prawo, ale jeśli Cameron się uprze, Europę czeka jeszcze jedna batalia.