- Nasi sąsiedzi na północy i wschodzie bardzo dobrze ze sobą współpracują. Zjednoczone Królestwo pozostaje poza ścisłym związkiem z tymi krajami, my powinniśmy się z nimi związać - oświadczył niedawno Angus Robertson ze Szkockiej Partii Narodowej, jeden ze wielkich zwolenników wystąpienia Szkocji z Wielkiej Brytanii.
Robertson to jeden z głównych strategów partii odpowiedzialny za referendum w sprawie szkockiej niepodległości.
Sąsiedzi Szkocji na północy i wschodzie to
Szwecja, Dania,
Norwegia, a także państwa bałtyckie, do których szkoccy nacjonaliści jeżdżą już od kilku lat na rekonesans. Jak pisze
dziennik "The Independent", rządząca samodzielnie Szkocją od maja SNP chce się z tymi krajami ściślej związać gospodarczo i politycznie. Miałoby to złagodzić szok po odcięciu pępowiny łączącej Szkocję z Londynem po planowanym przez separatystów aksamitnym rozwodzie ze Zjednoczonym Królestwem.
Od swego powstania w latach 30. XX wieku, szkoccy nacjonaliści prowadzą kampanię na rzecz zerwania unii z Anglią -
Szkocja zawarła ją w 1603 r., kiedy to szkocki król Jakub VI zasiadł na londyńskim tronie.
Nastroje niepodległościowe narastają od lat 70. XX w., kiedy u wybrzeży Szkocji odkryto złoża ropy. Tabu, jakim było długo wypowiadanie się publicznie na temat niepodległości zostało przełamane, ale stosunkowo niedawno - w 2007 r., kiedy Szkocka Partia Narodowa pod przywództwem Alexa Salmonda objęła władzę w Szkocji.
Salmond, zdaniem angielskich komentatorów wręcz maniakalny zwolennik niepodległości, jest szefem szkockiego niby-rządu (do 2011 roku nacjonaliści sprawowali rząd mniejszościowy). Jako że Szkocja pozostaje wciąż częścią Zjednoczonego Królestwa, to jej parlament i Szkocka Egzekutywa (czyli właśnie niby-rząd), odpowiadają tylko za część spraw: m.in. rolnictwo, służbę zdrowia, wymiar sprawiedliwości i niektóre kwestie gospodarcze. Reszta - z polityką zagraniczną i obronną na czele - pozostaje w gestii Londynu.
Jednak autonomia, którą Szkoci wraz z parlamentem narodowym zyskali za rządów Tony'ego Blaira, nie wystarcza SNP. Salmond marzy, by zostać premierem niepodległej Szkocji. Obiecał to wyborcom, którzy pół roku temu dali SNP aż 69 miejsc w 129-osobowym parlamencie. Dzięki temu nacjonaliści są dziś bliżej zrealizowania celu niż kiedykolwiek.
Ale żeby ogłosić niepodległość Salmond musi zorganizować referendum w tej sprawie, a potem je wygrać (co nie będzie łatwe, bo za jest od 30 do 50 proc. Szkotów). Ma na to czas teoretycznie do następnych szkockich wyborów w 2016 r. Nieoficjalnie mówi się, że referendum mogłoby się odbyć w 2014 bądź 2015 r., czyli zbiec się z końcem kadencji rządu Davida Camerona.
Wcześniej SNP musi zyskać choćby nieformalną, wstępną zgodę Londynu na niepodległość (rządzący konserwatyści są wrogo nastawieni do secesji). I przygotować plan zaistnienia na świecie: z programem negocjacji rozwodowych z Anglią, rokowań o wejście do UE, ONZ, NATO i innych organizacji, których członkiem jest
Wielka Brytania.
Jak donosi "The Independent", eksperci i politycy SNP przygotowują ambitny program polityki zagranicznej i obronnej Szkocji po secesji.
Dokument ma posłużyć w kampanii przed referendum. Z przecieków wynika, że Szkocja widzi się w gronie państw skandynawskich - nacjonaliści chcą m.in. zbudować most energetyczny z Norwegią. I w Skandynawii chce szukać pieniędzy na dalsze poszukiwania ropy i gazu. W planach jest też budowa wielkiego portu kontenerowego w Fife, który z czasem stałby się konkurencją dla Rotterdamu.
Podobno SNP chce, aby Szkocja miała małą armię, marynarkę wojenną i lotnictwo. W negocjacjach poprzedzających rozwód zamierza żądać 9 proc. wszystkich aktywów Zjednoczonego Królestwa (5,2 mln Szkotów to mniej więcej 9 proc. brytyjskiej populacji). Dotyczy to również wojska i baz. Trzonem armii ma być Royal Regiment of Scotland (Królewski Pułk Piechoty Szkocji), a kluczową bazą morską Faslane, gdzie stacjonują okręty atomowe z pociskami wyposażonymi w głowice nuklearne.
Przeprowadzka tych okrętów to jedna z wielu przeszkód na drodze od niepodległości. Zasadniczą jest podział dochodów z wydobycia ropy. Zdaniem SNP 90 proc. dochodów z ropy i gazu należy się Szkotom, z czym nie zgadza się Londyn.
Wciąż nie wiadomo m.in., jaką walutą posługiwałaby się niepodległa Szkocja, ile kosztowałby rozwód i jakie byłyby podatki.