"Gazeta" poznała szczegóły 14-stronicowego dokumentu, który zostanie dziś zaprezentowany w Brukseli. To swoisty przewodnik po problemach negocjacyjnych i stanowiskach poszczególnych krajów, ale bez wymieniania nazw i kwot.
Z raportu wynika jasno, że kryzys strefy euro odcisnął wielkie piętno na rozmowach o budżecie na lata 2014-20. Dalsze negocjacje będą szalenie trudne, gdyż punktów spornych jest wiele, a gotowość do kompromisu ograniczają m.in. kryzys i rosnące w Europie w siłę partie populistyczne.
Nikt w Unii nie liczył na to, że w ciągu pierwszego półrocza uda się ustalić cokolwiek konkretnego. Dlatego największym osiągnięciem Polski jest obrona korzystnej dla nas i biedniejszych krajów propozycji Komisji Europejskiej z czerwca 2011 r.
- Negocjacje potoczyły się zgodnie z naszymi najlepszymi oczekiwaniami - zapewnia "Gazetę" minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz. - Obroniliśmy nie tylko propozycję Komisji, ale i logikę rozmów o poszczególnych unijnych wydatkach.
W 2004 r., kiedy negocjowano budżet na lata 2007-13, państwa członkowskie wyrzuciły ówczesną propozycję Brukseli do kosza i napisały budżet po swojemu - głównie pod dyktando płatników netto - Niemiec, Wielkiej Brytanii czy państw skandynawskich.
Polscy negocjatorzy przyznają, że i teraz były kraje, które do końca próbowały odrzucić propozycję Komisji i przyjąć zupełnie inną, niekorzystną dla Polski logikę - ustalić z góry jakąś kwotę (niższą o tej proponowanej przez Komisję) i podzielić ją między 27 krajów.
W UE obowiązują siedmioletnie okresy budżetowe, po to by instytucje i państwa członkowskie mogły lepiej planować wydatki. Obecny - wynoszący 925 mld euro - kończy się w 2013 r. Ogłoszona pod koniec czerwca w Brukseli propozycja Komisji na lata 2014-20 opiewa na 972,2 mld.
Komisja zaproponowała jednocześnie, by największą pozycją była polityka spójności służąca wyrównywaniu różnic między bogatymi i biednymi krajami UE. Bruksela chce przeznaczyć na nią 376 mld euro, z czego najwięcej, bo aż 70-80 mld, mogłoby trafić do Polski.
Na politykę rolną miałoby pójść 371,7 mld euro (z czego 281 mln na dopłaty bezpośrednie, których poziom pomiędzy poszczególnymi państwami ma być wyrównywany). Komisja proponuje też stworzenie specjalnego funduszu Łącząc Europę, wartego 50 mld euro, z którego miałyby być finansowane projekty transportowe i energetyczne. O 46 proc. mają wzrosnąć wydatki na innowacyjność (do 80 mld). Na politykę zagraniczną przeznaczono 70,2 mld euro, w tym 16 mld na politykę sąsiedztwa, z której finansowane jest ważne dla Polski Partnerstwo Wschodnie.
Z raportu polskiej prezydencji wynika, iż jest zgoda co do tego, że trzeba kontynuować politykę spójności. Nie jest jednak przesądzone, ile ostatecznie pójdzie na nią pieniędzy i czy pomocą mają być objęte tylko najbiedniejsze kraje, czy także biedniejsze regiony Francji czy Niemiec.
Źródła w Brukseli i Warszawie przyznają jednomyślnie, że kwoty proponowane przez Komisję zostaną zapewne obniżone. Pytanie brzmi, o ile i jak bardzo dotknie to Polskę. Właściwe negocjacje budżetowe zaczną się w 2012 r., a poprowadzą je sprawujące kolejne unijne przewodnictwa Dania i Cypr. Warszawa nie będzie się wtedy musiała krygować jako "bezstronny negocjator" i zacznie ostro grać o swoje.
Jak dotąd zastrzeżenia zgłaszali zarówno bogaci (płatnicy netto), jak i biedni (beneficjenci). Węgrzy obawiają się, że z powodu zmian w zasadach przepływu funduszy mogą stracić ok. 5 mld euro, bo górny pułap transferów ma być ograniczony rocznie z 4 proc. do 2,5 proc. PKB.
Z kolei
Wielka Brytania,
Francja,
Niemcy, Holandia i
Finlandia ogłosiły jeszcze w 2010 r., że nowy budżet ma być zamrożony na poziomie z 2013 r. przy uwzględnieniu inflacji. Propozycja Komisji jest o kilka punktów procentowych większa, co budzi opór wielu stolic.
Z naszych informacji wynika, że największe żądania stawiają Sztokholm i
Paryż. Szwecja domaga się "obcięcia" propozycji Komisji o 100 mld euro, Francja zaś - aż o 190 mld euro!
Do obozu zwolenników odchudzenia budżetu przeszli też Czesi, którzy wyliczyli, że za kilka lat dołączą do płatników netto.