Wbrew oczekiwaniom Warszawy szefowie MSZ państw UE nie podejmą w czwartek ostatecznej decyzji w sprawie utworzenia Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji.
Jak się dowiadujemy, kilka państw członkowskich, w tym
Francja, zgłosiło swoje obiekcje, powołując się na kryzys. Podobno przeciwko powołaniu European Endowment for Democracy lobbują też wielkie niemieckie fundacje, które widzą w nim konkurencję w walce o unijne pieniądze.
Dla Polski zaproponowany na początku 2011 roku przez ministra Radka Sikorskiego fundusz miał być okrętem flagowym naszej kończącej się już prezydencji. Dlatego
Warszawa stara się zbić argumenty przeciwników i podobno są spore szanse, że w tej sprawie do końca roku zapadnie pozytywna decyzja.
Fundusz finansowany ze składek państw chcących go wesprzeć (zarówno należących do UE, jak i spoza wspólnoty) oraz unijnego
budżetu służyłby wspieraniu przemian demokratycznych w krajach sąsiadujących z UE - m.in. z Afryki Północnej czy na Białorusi. Z pieniędzy funduszu mogłyby korzystać np. partie polityczne, opozycjoniści, ruchy społeczne czy niezależni dziennikarze.
W środę do szefowej unijnej dyplomacji Catherine Ashton i przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka został wysłany list popierający utworzenie funduszu podpisany przez grupę znamienitych osób, w tym trójkę noblistów. Wśród sygnatariuszy są m.in.: Vaclav Havel, Lech Wałęsa, Tadeusz Mazowiecki, przywódczyni birmańskiej opozycji Aung San Suu Kyi, brytyjski historyk Timothy Garton Ash i bułgarski politolog Iwan Krystew.