Organizacje latynoskie i obrońców praw człowieka ogłosiły bojkot Arizony - nie będą tam organizować konferencji i wzywają turystów do nieodwiedzania tego pięknego (Wielki Kanion!) stanu. Czy prawo imigracyjne Arizony jest rzeczywiście rasistowskie?
To nie takie proste. Jego pierwsza uchwalona wersja dawała rzeczywiście mocne podstawy do obaw, że rozpocznie się
policyjne polowanie na wszystkich o "nielegalnym", czyli meksykańskim wyglądzie. Mówiła bowiem, że
policja ma sprawdzać status imigracyjny przy każdym "prawomocnym kontakcie" z osobą, co do której "ma podejrzenia", że jest w kraju nielegalnie.
Tych podejrzeń policjant "nie mógł opierać wyłącznie na rasie, kolorze skóry czy pochodzeniu narodowym" sprawdzanego, który, jeśli jest w USA nielegalnie, może trafić do aresztu.. Takie przepisy policjant mógł formułować bardzo szeroko. Jednak potem, po protestach, przepis doprecyzowano. Policja może sprawdzać tylko przy zatrzymaniu lub kontroli drogowej i nie może już brać pod uwagę rasy czy pochodzenia w ogóle. Najbardziej utytułowany trener koszykówki w USA Phil Jackson, prowadzący Los Angeles Lakers, rywalizujących z Suns, mówi, że nie rozumie krytyki ustawy. Bo Arizona próbuje wprowadzić w życie coś, co jest prawem USA, ale prawem martwym - że nielegalnie w Ameryce być nie można.
Ale z ustawą będą kłopoty. Znajdą się zapewne w Arizonie nadgorliwi stróże prawa, którzy będą widzieć nielegalnego imigranta w każdym, kto ma ciemniejszy kolor skóry, mimo, że latynosi pojawili się w Arizonie przed Amerykanami a dziś stanowią prawie 30 procent jej legalnych obywateli. Ale tak naprawdę ustawa z Arizony jest desperacką, i dlatego przesadną, odpowiedzią na dziesięciolecia nieradzenia sobie z nielegalną imigracją przez rząd USA.
Obecna, głównie latynoska, fala imigracji jest porównywalna jedynie z tą z przełomu XIX i XX wieku, gdy pojawiły się tu miliony imigrantów z Europy. Pierwszy próbował jakoś ją ogarnąć Ronald Reagan, wprowadzając w 1986 r. amnestię dla kilku milionów nielegalnych. Efekt był taki, że przez kolejne 20 lat imigrantów bez papierów przybyło do USA kolejne 12 milionów.
To prawda, że to ledwie 3,5 proc. mieszkańców USA. I to prawda, że zdecydowana większość z nich dobrze się w społeczeństwo wtapia. Jednak są miejsca, jak niektóre miasta w Arizonie właśnie, gdzie nowych przybyszów jest 15 czy 20 procent. Tam zgrzyty są nieuniknione, tak jak były nieuniknione, gdy 150 lat temu do Nowego Jorku przypływały miliony Irlandczyków a 100 lat temu Polaków i Włochów. Jednym z takich miejsc jest Herndon, dalekie przedmieście Waszyngtonu, gdzie mój syn gra w piłkę. Nielegalni zbierają się tam, czekając na pracę, na stacjach benzynowych. Mi to nie przeszkadza, ale znam kobiety, które tam już nie tankują, bo boją się nagabujących je o robotę grupek młodych mężczyzn.
W takich warunkach najmniejsze incydenty przeradzają się w duże problemy. Jak historia z tego tygodnia, gdy w święto narodowe Meksyku 5 maja kilku białych chłopców ze zdominowanej przez latynosów szkoły w Kalifornii dyrekcja poprosiła, by zdjęli koszulki i bandany we wzorach amerykańskiej flagi, bo to "prowokuje" innych uczniów. Przez dwa dni zajmowały się tym internet i telewizje w całej Ameryce...
Imigracyjna trzecia droga? Prawda jest taka, że rozwiązaniem nie jest ani twarde podejście arizońskie, ani amnestia w stylu Reagana, którą bez powodzenia chciano powtórzyć za Busha. Nie da się wyrzucić tych 12 milionów imigrantów, bo padłoby wiele firm amerykańskich, które bazują na ich taniej pracy. Ale nie da się też tylko przeprowadzić amnestii, bo to byłaby zachęta dla następnych milionów zza Rio Grande. Potrzeba całościowej reformy, która zalegalizowałaby pobyt tych 12 milionów, a jednocześnie zapewniłaby większą kontrolę południowej granicy USA i wprowadziłaby system sprowadzania rocznie setek tysięcy imigrantów legalnych, których Ameryka potrzebuje.
Wszyscy to wiedzą, takie rozwiązanie politycy obiecują w kampaniach od lat. Ale dzieje się niewiele. Teraz Obama obiecał jedynie, że prace nad taką ustawa "zaczną się w tym roku". To z jednej strony rozczarowanie. Z drugiej - Obama reformuje kraj po kolei (system zdrowia, reforma banków, niedługo energetyki) a zmiany imigracyjne budzą może emocje największe.
Jestem mimo wszystko przekonany, że Ameryka prędzej czy później z kwestią nielegalnej imigracji się upora. I śmieszą mnie niektóre głosy z Europy, że ustawa z Arizony oznacza, że Amerykanie to rasiści. W elastycznym systemie społecznym USA, mimo jego wad, nielegalni imigranci, nawet w Arizonie, stają się Amerykanami dużo szybciej niż mieszkańcy muzułmańskich gett pod Paryżem Francuzami a ci ze wschodniego Londynu Brytyjczykami...
LICZBA TYGODNIA 51- Tyle procent Amerykanów popiera ustawę z Arizony, 36 proc. uważa, że jest ona zbyt restrykcyjna a 9 - że za bardzo wobec nielegalnych łagodna