Obama musi to robić, bo wie, że przez pierwsze trzy dni po zamachu grał w golfa. Jego współpracownicy powtarzali wówczas bzdury, że "system zadziałał". Obama wie też, jak kwestia terroru jest potencjalnie śmiertelna. Politycznie.
Republikanie zawsze po atakach 11 września używali argumentu, że oni są twardzi wobec terrorystów, a Demokraci to mięczaki. Od roku takie same zarzuty spotykają Obamę. Autor przemówień George'a Busha Marc Thiessen wydaje za kilka dni książkę "Budowanie katastrofy. Jak CIA zapewniała bezpieczeństwo Ameryce i jak Obama doprasza się o kolejny atak".
W ostatnich dniach opozycja chórem, od byłego wiceprezydenta Dicka Cheneya po kilku kandydatów na rywala Obamy w wyborach 2012, powtarza: prezydent obniżył rangę walki z Al-Kaidą, traktuje jej bojowników jak kryminalistów, a nie śmiertelnych wrogów, w sumie doprowadził w rok do tego, że sprawny system wprowadzony za Busha przestał działać.
To czysta polityka. Obama nigdy nie dał sygnału, że Al-Kaidy nie należy ścigać. Tak naprawdę system Busha zostawił niezmieniony, co więcej - na wysokich stanowiskach zostawił wielu ludzi poprzednika (np. wiceszefa CIA ds. terroryzmu).
Zmiana była głównie retoryczna. Chwilami sensowna - jak podkreślanie, że USA nie są w stanie wojny z islamem. Chwilami denerwująca, jak nazywanie "incydentami" spisków terrorystycznych czy prób zamachów (jeszcze 28 grudnia tak nazwała zamach nad Detroit sekretarz bezpieczeństwa krajowego Janet Napolitano). Ale Republikanie nie są w stanie stworzyć mitu, że "zawiódł system Obamy". Zawiódł system Busha i Obamy.
Demokraci też muszą pożegnać się z mitem o tym, że to Bush swą polityką wzmacniał terrorystów. Zamach bożonarodzeniowy przypomniał, że w ostatnim roku liczba prób ataków Al-Kaidy na USA rośnie. Al-Kaidy nie karmi mniej lub bardziej wojowniczy prezydent USA. Dla Al-Kaidy wrogiem jest Ameryka i Zachód. Bo, co słusznie powiedział trzy dni temu Obama, Al-Kaida to "banda małych ludzi, których celem jest zabijanie niewinnych mężczyzn, kobiet i dzieci".
Dla Obamy katastrofą była reakcja jego rządu na zamach. Nie chodzi tylko o pierwsze dni. Potem, gdy prezydent mówił, że "system całkowicie zawiódł", nie było lepiej. W środę jego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego James Jones mówił, że "Amerykanie będą zszokowani", gdy zobaczą raport o przyczynach wpadki wywiadu. W czwartek ten raport ogłoszono.
Jedni urzędnicy nie przejrzeli wszystkich baz danych, a inni nie cofnęli terroryście zawczasu wizy, bo popełnili błędy, wpisując do komputera nazwisko Umar Farouk Abdulmutallab. Jakie tu powody do szoku? Po co najbliższy współpracownik prezydenta nakręca atmosferę?
Z początku podobało mi się, gdy Obama oświadczył, że nikogo za te błędy nie wyrzuci, bo "jeśli system nie zadziałał, odpowiedzialny jestem ostatecznie ja". To jego typowy ruch, nie na darmo w kampanii miał przydomek "No Drama Obama".
Ale potem przeczytałem słowa blogera Andrew Sullivana: "Czy możecie sobie wyobrazić, by w prywatnej firmie po tak wielkiej wpadce nikt nie został wyrzucony?". I uznałem, że to on ma rację. Czasem szef, dowódca, prezydent musi pokazać trochę dramaturgii. Może za Busha urzędnicy nie popełniali literówek i nie zapominali przejrzeć baz danych, bo wiedzieli, że walka z terrorem to absolutny priorytet i jeśli w tej sprawie w czymkolwiek skrewią, wylecą z pracy?
Bądźmy realistami: żaden rząd nie jest w stanie zapewnić obywatelom absolutnego bezpieczeństwa. Ale temu zagrożeniu można było zapobiec. Obama nie jest winien, jak mówi, "wpadce, która mogła być katastrofalna". Winne są błędy biurokracji. Czy Obama jest w stanie je zmniejszyć?
Wróćmy do raportu. Mówi on, że "ojciec Abdulmutallaba ostrzegł ambasadę USA w Nigerii 18 listopada". W rzeczywistości było to dzień później, 19... Do raportu dodano oświadczenie koordynatora służb wywiadowczych Dennisa Blaira. Ten pisze, że "błędy wywiadu spowodowały, że Abdulmutallab dostał się na lot numer 153". Ale lot miał numer 253...
Drobiazgi? To takie drobiazgi spowodowały, że dziś Obama tłumaczy się rodakom co dwa dni.
Źródło: Gazeta Wyborcza