Jutro bowiem w USA wybory. Niby lokalne i nieważne, a jednak to one mogą nakreślić kształt życia politycznego Ameryki w najbliższych latach.
Za test uważane są dwa wyścigi wyborcze na gubernatorów. W Wirginii republikanin (podczas parady kroczył dumnie z miną zwycięzcy) zdecydowanie prowadzi przed demokratą (nerwowo ściskał ręce wszystkich na chodnikach). W New Jersey republikanin i demokrata idą łeb w łeb. Jeśli prawica wygra w obu stanach, ogłosi koniec lewicowej fali, która apogeum osiągnęła rok temu, gdy Barack Obama wygrał wybory prezydenckie. Badania Gallupa z ostatniego tygodnia mówią, że Amerykanów deklarujących się jako konserwatyści jest rekordowo dużo, bo 40 proc., a liberałów (co w Ameryce oznacza lewicowców) - tylko 20 proc., a jako umiarkowani określa się 36 proc. Konserwatystów zawsze było w USA więcej, ale przez rok rządów Obamy ta przewaga wzrosła.
Jak pisze lewicowy "New Republic", "niepodzielne rządy Demokratów wywołały kontrnatarcie konserwatystów". Wzrasta poparcie dla postulatów prawicy: swobody posiadania broni, walki z nielegalnymi imigrantami, ograniczenia swobody aborcji. Z kolei poparcie dla projektów lewicy spada - mniej Amerykanów chce walki z globalnym ociepleniem, niechęć do związków zawodowych jest najwyższa w historii.
"New Republic" ostrzega, że "mieszanka pełnej energii opozycji, wysokiego bezrobocia i przekonania, że rząd prezydenta Obamy wydaje pieniądze bez opanowania, może spowodować opłakane [dla Demokratów] skutki" w arcyważnych wyborach za rok, gdy wybrana zostanie cała Izba Reprezentantów i jedna trzecia Senatu. Znany prawicowy publicysta Bill Kristol już głosi, że idą dobre czasy dla konserwatystów. Pytanie: dla jakich konserwatystów?
I tu dochodzimy do najciekawszego jutrzejszego starcia - nad granicą kanadyjską na północy stanu Nowy Jork w dodatkowych wyborach o fotel kongresmena zmierzyło się troje kandydatów. Dlaczego troje, skoro partie są dwie? No właśnie. Republikanie wystawili tam centrową, a nawet centrolewicową kandydatkę Dede Scozzafavę, która jest przeciw reformie zdrowia Obamy, ale poparła jego pakiet stymulacyjny; jest przeciw podwyżkom podatków, ale akceptuje małżeństwa gejów, swobodę aborcji i silne związki zawodowe. Przywódcy Republikanów wystawili ją, bo po łomocie w ostatnich wyborach uznali, że trzeba iść do centrum, by "nie zwiędnąć jako partia starych, białych mężczyzn". Ale partyjne doły zawyły. Nic dziwnego - 72 proc. Republikanów deklaruje, że są konserwatystami. Nie chce iść do środka ani przepraszać za swe poglądy. Uważa, że Republikanie przegrywali nie dlatego, że byli za bardzo na prawo, tylko dlatego, że źle rządzili (Bush) albo byli za mało wyraziści (McCain).
Konserwatysta Doug Hoffman, który przegrał z panią Scozzafavą prawybory republikańskie, wystartował jako kandydat małej Partii Konserwatywnej. I się zaczęło. Na północ stanu Nowy Jork popłynęły setki tysięcy dolarów na kampanię - dla dwojga zwalczających się kandydatów dwóch skrzydeł Republikanów.
Hoffmana poparły wszystkie konserwatywne gwiazdy telewizji i
radia oraz kandydaci do prezydentury w 2012 r. Sarah Palin i Tim Pawlenty. Scozzafavę - establishment partyjny i inny prawdopodobny kandydat w roku 2012 Newt Gingrich. Ten przywódca rewolucji konserwatywnej z lat 90. i wróg Clintona teraz uważa, że Republikanie nie mogą się trzymać partyjnej ortodoksji, że aby przetrwać, muszą iść ku centrum.
Konserwatyści na razie wygrali - Hoffman przez ostatnie tygodnie przegonił Scozzafavę w sondażach i ta się w sobotę wycofała. Jutrzejsze wybory i tak mogą być pierwszym dobrym dniem prawicy od pięciu lat - dzięki Wirginii i może New Jersey. Ale od dalekiego zakątka stanu Nowy Jork zależy, czy twarda prawica postraszy w Halloween nie tylko swe elity, ale i Obamę. Tak będzie, jeśli wygra Hoffman. Ale jeśli z powodu kłótni Republikanów wygra demokrata, wyjdzie na to, że przeciw Obamie nadal staje opozycja taka jak przez ostatni rok - w proszku. Opozycja widmo, jak przystało na Halloween.
LICZBA TYGODNIA: 50 Tyle centów z każdego dolara marnuje rząd USA - uważa przeciętny Amerykanin. To rekord, podobnie jak przekonanie 57 proc. Amerykanów, że rząd stara się robić za dużo. Tylko 38 proc. twierdzi, że za mało.