Była 19.20 w środę. W Thousand Oaks niedaleko Los Angeles, na skrzyżowaniu ulic Lynn i Hillcrest, stało i krzyczało około 100 sympatyków lewicowej organizacji MoveOn.org, która tego dnia dla poparcia reformy zdrowia Baracka Obamy zorganizowała trzysta pikiet w całych Stanach. Po drugiej stronie ustawiło się kilkunastu przeciwników reformy i Obamy.
W pewnej chwili mężczyzna z grupy MoveOn.org przeszedł przez ulicę i wdał się w dyskusję z przeciwnikami, zwłaszcza z Williamem Rice'em, 65-latkiem z branży
nieruchomości. Co dokładnie się wydarzyło, nie wiadomo. Znajomy Rice'a Scott Bush opowiada, że człowiek z MoveOn.org krzyczał: "Dlaczego nie jesteście za ubezpieczeniami publicznymi?". Gdy zaczęli mu odpowiadać, rzucił: "Wy idioci!", Rice'owi prosto w twarz. Wtedy ten go popchnął. Młodszy mężczyzna w odwecie odgryzł mu mały palec. Kilka metrów dalej wypluł go na chodnik.
Wersja wydarzeń zwolenników Obamy jest inna - to poszkodowany był agresywny i w końcu mocno uderzył ich towarzysza w twarz, na co ten zareagował ugryzieniem.
Na początku podano, że Rice wziął z chodnika swój palec i poszedł do kliniki Los Robles, gdzie palec mu przyszyto. Jednak okazało się, że palec do szpitala przywiózł dopiero po jakimś czasie kolega Bush, który znalazł go na chodniku. Lekarze nie zdołali palca przyszyć. Policja wszczęła dochodzenie, sprawcy pogryzienia grozi do ośmiu lat więzienia.
Jedna ze stron internetowych nadała tej informacji zgryźliwy tytuł: "Przeciwnik reformy zmuszony użyć państwowego ubezpieczenia zdrowotnego", bo William Rice, jak każdy 65-latek w USA, ma ubezpieczenie publiczne dla seniorów. Z kolei prawicowy bloger Michael Goldfarb kpił: "Jak to możliwe, że miłujący pokój zwolennicy Obamy odgryzają palce konserwatystom?".
W kwestii reform zdrowia emocje szaleją. Kongresmani po obu stronach sporu dostawali anonimy grożące śmiercią. Przeciwnicy Obamy nazywali go Mengele i Hitlerem. Teraz - według niektórych prawicowych komentatorów - został "komunistą", bo... chce przemówić do uczniów. Jutro w wielu stanach zaczyna się rok szkolny. Biały Dom chciał puścić w szkołach przemówienie prezydenta. Konserwatyści podnieśli krzyk, że Obama zamierza "uprawiać socjalistyczną indoktrynację dzieci". Niektóre hrabstwa już powiedziały, że przemówienia nie wyemitują, inne na żądanie rodziców pozwoliły, by uczniowie we wtorek nie przyszli.
Też mam wstręt do apeli w szkołach z czasów, gdy opowiadano mi na nich o Leninie i Jaruzelskim. Ale przemówienia Obamy (tak jak poprzednich prezydentów) do uczniów czy żołnierzy są państwowe, nie partyjne. Chciał dzieciakom powiedzieć, by pracowały ciężko, nie rzucały szkoły i rosły na porządnych obywateli.
Na gorącym lecie z reformą zdrowia Obama stracił, jego notowania spadły z ponad 60 do 50 proc., wśród kluczowych wyborców środka aż z 65 do 40-45. Konserwatywny komentator Charles Krauthammer pisze, że Obamie, jak Ikarowi, "stopił się wosk na skrzydłach, spadł na ziemię, stał się zwykłym politykiem, śmiertelnikiem". Trochę tak, ale prawica cieszy się za wcześnie. Prezydent został lekko zraniony, a nie politycznie zabity, jak Bush pod koniec rządów.
Na jesień szykuje ofensywę. Już w środę wygłosi do Kongresu i milionów Amerykanów przemówienie o reformie systemu zdrowia. To wielkie ryzyko, to być albo nie być prezydenta, położy na szalę cały swój autorytet - mówią publicyści w USA. Ale Obamie może się udać, jeśli będzie nie tylko odważny, ale i roztropny, skłonny do kompromisów.
Większość Amerykanów tak naprawdę zmian w opiece zdrowotnej chce, ale nie tak ambitnych i kosztownych, jak pragnie tego lewica Demokratów. Amerykanie są z natury nieufni wobec państwa. W ostatnich miesiącach większość z nich miała wrażenie, że państwo bierze coraz większą władzę i coraz bardziej się (czyli ich, podatników) zadłuża. To wrażenie spotęgowały wstępne założenia reformy zdrowia. I to, że pisanie ustawy Obama zostawił Kongresowi, którego popularność wynosi... 29 proc.
Jeśli prezydent przekona wyborców, że w reformie chodzi o oszczędności i nadzór nad ubezpieczycielami, by nie mogli odmawiać usług i windować składek, może tę jesień wygrać. Wygra też, jeśli będzie miał jasny pomysł na poprawę sytuacji w Afganistanie. I jeśli pokaże, że to dzięki jego polityce Ameryka wraca na drogę wzrostu gospodarczego.
Trudne? Owszem. Jesienią Obama musi udowodnić, że jest wybitnym przywódcą. Albo rzeczywiście skończy jak Ikar.
Liczba tygodnia : 42 Tyle procent Amerykanów uważa, że ludzie wybrani na chybił trafił z książki telefonicznej byliby lepsi niż obecni kongresmani i senatorowie. Tyle samo procent ma odmienne zdanie, 16 proc. nie może się między książką telefoniczną a obecnym Kongresem zdecydować.