http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tortury i polityka

Marcin Bosacki
2009-04-26, ostatnia aktualizacja 2009-04-26 15:18

Dla obu stron sporu o drastyczne metody przesłuchań CIA sprawa jest prosta.

Marcin Bosacki
Marcin Bosacki
Większość lewicowych polityków i prasy uważają je po prostu za tortury stosowane przez sadystów, a zatwierdzone przez idiotów, którym w dodatku nic tak naprawdę z tego nie wyszło. Bo żadnych wartościowych informacji z torturowanych nie wycisnęli. Dla byłej ekipy Busha z wiceprezydentem Dickiem Cheneyem na czele i dla komentatorów prawicy prawda jest odwrotna, ale równie prosta: to dzięki nowatorskim metodom, które absolutnie torturami nie były, Ameryka i Europa uniknęły kolejnych 11 września.

Jak to bywa z życiem, wszystko jest bardziej skomplikowane od propagandy. Obu stron.

Weźmy najpierw pod lupę prawicę. "Wall Street Journal" pisze, że "to wszystko powinno być dla CIA powodem do dumy"; że Obama "nie może ani podlizywać się lewicy [żądającej procesów urzędników Busha], ani zapewnić bezpieczeństwa Ameryce"; że, w końcu, "jeśli torturą ma być uderzanie więźniem w fałszywy mur", który wydawał groźne dźwięki, a przesłuchiwanemu zakładano na szyję szeroki kołnierz ochronny, by nie uszkodzić mu głowy, to "słowo tortury straciło wszelkie znaczenie".

Nie wiem, mimo licznych opisów, na czym polegał tak naprawdę "fałszywy mur", więc nie wiem, czy był on torturą. Z pewnością co do niektórych metod CIA można się spierać, czy torturami były, a prawie wszystkie nie były torturami tradycyjnymi, polegającymi na użyciu nagiej siły (wyrywanie paznokci czy walenie pałkami po piętach). Ale, na Boga, niektóre z nich, jak podtapianie czy zmuszanie przez 11 dób do bezsenności, torturami były na pewno.

Konserwatyści uciekają od odpowiedzi na zasadne zarzuty: że torturami wzmocnili nienawiść świata islamu wobec Ameryki i osłabili jej autorytet moralny. Zarzucają Obamie, że ten ujawniając ekspertyzy zezwalające na brutalne metody "naraził na szwank bezpieczeństwo USA". Ale czy oni sami nie zrobili tego samego? Jak Ameryka może dziś domagać się, by jej wrogowie nie torturowali jej żołnierzy czy agentów? Co z tego, że tortury CIA były "lżejsze"?

Ale Obama i lewica także nie są w tej historii czyści. Obama, słusznie, zaraz po objęciu rządów zakazał tych metod (ze stosowania niektórych, w tym podtapiania, w ostatnich latach rządów Busha zresztą już się wycofano). Po co wiec teraz ujawnia tajne dokumenty i zaczyna polowanie na czarownice? Działacze praw człowieka mówią: dla sprawiedliwości. I oni tak szczerze myślą. Ale otoczenie Obamy - wątpię. Dlaczego chce sądzić republikańskich polityków i prawników, którzy na prośbę CIA pisali analizy (były tam i zezwolenia, i zakazy, czego śledczym robić nie wolno), natomiast bronią do upadłego oficerów CIA? Czy dlatego, że najbardziej winnym w całej sprawie jest ówczesny dyrektor Agencji George Tenet? Człowiek, którego mianował Bill Clinton i który w 2002 r. akceptował brutalne metody przesłuchań i najmocniej przekonywał do nich Busha i jego ministrów?

John Brennan, doradca Obamy ds. terroryzmu, mówi, że to, co wyciągano z terrorystów, było nic niewarte. Czy na pewno? Opinie są sprzeczne, ale wiele wskazuje, że jednak nie. Zwłaszcza to, że otoczenie Obamy zachowuje się dziwnie. W ujawnionych analizach pokazano szczegóły przesłuchań, co może pomóc al Kaidzie. Ale "ze względu na bezpieczeństwo kraju", zaciemniono akapity, które mówią o tym, czego dzięki takim przesłuchaniom dokonano - czyli o udaremnionych zamachach i spiskach. Co więcej, gdy analizy ujawniano, koordynator służb specjalnych Dennis Blair, człowiek Obamy, napisał w wewnętrznym liście pracownikom, że te techniki "przyniosły wysokiej jakości informacje". Ale w upublicznionej wersji tego listu to zdanie Biały Dom wykreślił! Dopiero potem przeciekło do prasy...

Wreszcie - dlaczego na początku tygodnia Obama dał wyraźny sygnał, że chce śledztw i karania, a po kilku dniach mocnej krytyki się z tego w dużej mierze wycofał?

Każdy w tej ważnej dla USA sprawie gra swoją grę. Nikt z polityków nie chce uczciwie zmierzyć się z pytaniem: Czy należało dopuszczać do tortur, MIMO ŻE przynosiły one kluczowe wiadomości o al Kaidzie? A być może - to dużo mniej pewne - pozwoliły uniknąć wielkich zamachów?

To pytanie poważne i tragiczne. Dyskusja o nim miałaby większy sens niż udawanie, z jednej strony, że nic złego się nie stało, a z drugiej - że z tego zła nic dobrego nie wynikło.

Amerykanie w polityce mądrze rozróżniają "stagecraft", czyli sztukę występów na scenie politycznej, od "statecraft", prawdziwej sztuki kierowania państwem, dbania o jego interesy. W kwestii tortur po obu stronach za dużo jest pierwszej, za mało drugiej.

Cytat tygodnia

Gdyby tych metod nie użyto, w Los Angeles byłaby dziś tak wielka dziura w ziemi jak w Nowym Jorku



Marc Thiessen, wysoki urzędnik Pentagonu i Białego Domu za Busha, o tym, że dzięki brutalnym metodom udaremniono zamach na Library Tower, najwyższy wieżowiec Kalifornii. Tylko - czy to prawda?

  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':