It ain't over until it's over. Nic nie jest zakończone, dopóki się nie skończyło - mówi popularne w USA powiedzenie. Być może więc jest jeszcze 1 procent szans, by sekretarzem generalnym NATO został Polak. Ale ja będę niedowiarkiem i napiszę przed szczytem Sojuszu felieton o tym, dlaczego Polak jego szefem nie zostanie.
Dla jasności deklaruję: byłoby świetnie, gdyby ten fotel trafił się któremukolwiek z polskich kandydatów. Radka Sikorskiego uważam za najzręczniej obracającego się dziś w świecie polskiego polityka. Aleksander Kwaśniewski jest współautorem największych sukcesów dyplomacji Wolnej Polski: wejścia do NATO, UE i pomocy dla pomarańczowej rewolucji. Ale obaj nie mieli szans. Co więcej - jestem przekonany, że żaden Polak, a nawet żaden środkowy Europejczyk, nie miał szans zostać szefem Sojuszu.
Dlaczego nie Sikorski? Szefowi MSZ zaszkodziło kilka rzeczy. Jedna sprzed dekady, gdy związał się na lat parę z prawicowym American Enterprise Institute, gdzie silną pozycję mieli i mają neokonserwatyści. Sikorski miałby zagwarantowane mocne poparcie USA, gdyby wybory wygrał John McCain. Ale wygrał je Barack Obama, a jego ludzie (wiem to, z kilkoma o tym rozmawiałem) pamiętają Sikorskiemu stanowisko w prawicowym instytucie. Pamiętają też to, że rok temu podczas przemówienia w AEI niemal otwarcie powiedział, że w wyścigu prezydenckim bliższy mu jest McCain.
To, że ludzie Obamy pamiętają, nie znaczy, że Sikorskiego zwalczali. Ale wystarczyło, by nie był ich kandydatem. Tak samo Niemcy pamiętają, że Sikorski na szczycie NATO w Bukareszcie wykręcał ręce kanclerz Angeli Merkel, by zgodziła się na wysunięcie obietnicy członkostwa dla Ukrainy i Gruzji.
Szczerze mówiąc, nie wierzę też, że kandydatura Kwaśniewskiego była realna. Ona w Waszyngtonie nie zaistniała zupełnie. I nie tylko dlatego, że Kwaśniewskiego nie wspierał lobbing polskiego rządu. Sam były prezydent też jest sobie winny. Kilka dni temu rozmawiałem z naprawdę poważnym demokratycznym znawcą Europy, który niedługo znów trafi do rządu (był w nim za Clintona). - Kwaśniewski? Wiem, że ma na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie wykłady, ale w poważnych gremiach widziałem go w ostatnich latach może raz. Nie wiem, czemu jest tak mało aktywny, dlaczego tak usunął się w cień - mówił mi demokrata.
Tak to wygląda z Ameryki. Być może z perspektywy stolic zachodnioeuropejskich sprawy mają się inaczej. Ale trudno nie dostrzec, że francuski dyplomata puszcza w Warszawie balonika "z Kwaśniewskim Polska miałaby szanse" wówczas, gdy już jest po herbacie. Gdy to już nic nie kosztuje. To nie balonik, to listek figowy...
Twierdzę jednak, że o fiasku polskich kandydatów nie przesądziły ich błędy osobiste czy MSZ-u. Zaszkodziło im to, że są... Polakami. I to, że dla wszystkich głównych sił Zachodu zasada numer jeden brzmi dziś: nie drażnić Rosji.
Francuzi (też Włosi, ale ich głos liczy się mniej) zawsze bardziej cenili interesy i przyjaźń z przywódcami Kremla niż nadstawianie głowy za Europę Środkową. Pamiętają państwo poparcie Jacques'a Chiraca dla żądań Putina, by Litwa weszła do UE tylko wtedy, jeśli zapewni Rosji "eksterytorialny korytarz" do Kaliningradu? Punkt widzenia Niemców, przynajmniej niektórych, jest inny. Ale dziś nie będą nic ryzykować na rzecz kandydata z Europy Środkowej, na pewno nie w roku wyborczym.
Podobnie nowa ekipa w Ameryce. Ona nie ma tak bezkrytycznego, żeby nie powiedzieć cynicznego, spojrzenia na Moskwę jak większość Europejczyków z Zachodu. Ale ludzie Obamy - to bardzo popularne tu słowo - chcą "spróbować". Spróbować, czy Putin i Miedwiediew są gotowi do współpracy. Czy da się z nimi coś ugrać.
W Waszyngtonie Obamy doktryna "po pierwsze, nie drażnić niedźwiedzia" też więc obowiązuje. Przynajmniej na razie.
A to, że Rosja dawała i daje jasne sygnały, że źle przyjęłaby każdego kandydata z Polski, jest jasne. Kiedy Putin oskarżał polskiego przywódcę, że wysługując się Ameryce, "stara się o nową posadę" w NATO? Kiedy radził mu, by "zajął się bezrobociem we własnym kraju", a nie sięgał ambicjami wyżej? Nie były to słowa wobec "antyrosyjskich" Sikorskiego czy Kaczyńskiego, ale wobec rzekomo "prorosyjskiego" Kwaśniewskiego. W roku 2004, gdy ten zaangażował się w rozwiązanie konfliktu na Ukrainie.
Dla obecnej ekipy na Kremlu każdy Polak, Czech czy Litwin, który obejmuje kluczowe stanowisko w strukturach Zachodu, jest z definicji groźny.
Nie chcę rwać włosów z głowy i krzyczeć: Moskwa ma prawo weta wobec decyzji NATO. To byłaby przesada. Nazwijmy to tak: w obecnej sytuacji nikt nie chce angażować kapitału politycznego w to, by wybrać kandydata z "nowej Europy". Owszem, tak przy dwóch falach rozszerzania NATO o Europę Środkową robili Clinton i Bush, Kohl i Blair. Ale teraz priorytety się zmieniły. I nie pomogłoby nawet, gdyby Kwaśniewski bądź Sikorski miał czar polityczny Obamy, a urok osobisty Angeliny Jolie... Rosja jest dziś dla wielkich na Zachodzie zbyt ważna, by drażnić ją w sprawach ich zdaniem drugorzędnych.
Że ten wniosek jest dla nas smutny? Owszem. Ale czy ktoś powiedział, że polskie położenie na mapie jest wesołe?