Na Ukrainie znów się udało. Jak wiele razy w ostatnich dwóch latach naznaczonych przez kłótnie i kryzysy. Na szczęście zamiast przelewu krwi mamy porozumienie. Ukraińcy rozwiązali swój kryzys polityczny tak, jak to się robi w dojrzałych demokracjach - decyzją o nowych wyborach. Ten powód do radości nie powinien nas jednak zaślepić. Nie można nie zauważać, że Ukraina grzęźnie, spóźnia się na swą wielką historyczną szansę.
Dwa i pół roku po pomarańczowej rewolucji wielki naród ukraiński powinien mieć wytyczoną prostą drogę do integracji ze strukturami zachodnimi i temu celowi poświęcać wszystko. Tymczasem z entuzjazmu początku 2005 roku nie zostało nic - chaos polityczny narasta, nikt już nawet nie próbuje wyciągać gospodarki z okowów systemu oligarchicznego ani tępić korupcji. Partie są zwalczającymi się bezwzględnie gangami, a nie formacjami programów bądź idei. Najmocniej pokazał to kryzys ostatnich dni - jedna drugorzędna partia socjalistów Ołeksandra Moroza potrafiła storpedować gotowe już porozumienie polityczne i znów na kilka dni wprowadzić duży kraj w stan wrzenia.
Ktoś powie: miałkość, małość i nieprzewidywalność polityki nie jest specjalnością Ukrainy, ale całej Europy Środkowej, także Polski. Owszem, ale na Ukrainie zjawiska te są dużo ostrzejsze. A po drugie i ważniejsze - choć Polsce i innym krajom Europy Środkowej nieodpowiedzialność polityków także szkodzi, kraje te przekroczyły już rubikon zmian, są członkami NATO i Unii. Ukraina odwrotnie - znajduje się pośrodku rzeki, w stanie bezkrólewia ustrojowego i strategicznego.
Polska miała znaczący udział w tym, że pomarańczowa rewolucja zakończyła się rozwiązaniem pokojowym i demokratycznym. Dziś rola Polski musiała być inna. Nie ma co mediować między dwoma demokratycznie wybranymi strukturami władzy. Ale jednak warto ukraińskim politykom - obu, a raczej wszystkich opcji stanowczo mówić: "Zacznijcie się zachowywać jak mężowie stanu".
Oligarchiczno-KGB-owsko-surowcowy model rosyjski do Ukrainy nie pasuje, jej przeznaczeniem, co po cichu przyznają tam wszyscy oprócz komunistów, jest Zachód. Jednak to, czy zakotwiczy ona w UE i NATO za 10 czy za 50 lat, zależy od jakości polityki nad Dnieprem.
Jedną z przyczyn załamania reform po pomarańczowej rewolucji był chłód Zachodu. Już w pierwszych tygodniach po objęciu władzy przez "pomarańczowych" sygnały wysyłane przez Brukselę, Berlin i Paryż były zniechęcające: - Życzymy wam dobrze, ale do Unii i tak nigdy nie wejdziecie.
Dziś może być inaczej. Ostatnie miesiące, a zwłaszcza szczyt Rosja - UE w Samarze, odarły niemal ostatnich prorosyjskich idealistów zachodnich ze złudzeń. Po pierwsze, że ustrój budowany w Rosji przez Putina można nazwać, choćby ułomną, ale demokracją. Po drugie - że Unia poprzez wciąganie Rosji we współpracę może realnie wpływać na jej kształt.
Na fali tego rozczarowania silniejsze stają się w Europie głosy nawołujące, by skoncentrować wysiłki na pomocy kruchym demokracjom Ukrainy, Mołdawii czy Gruzji. Zwłaszcza że dziś jak nigdy po rozpadzie ZSRR w 1991 r. zagraża im rosyjski imperializm, zwłaszcza gospodarczy.
Polska powinna w Unii wzmacniać taki punkt widzenia. Przesunięcie strefy stabilności, demokracji i przejrzystej gospodarki na wschód leży w żywotnym interesie nie tylko Polski, ale też całej Europy.
Obecna ekipa rządząca, a zwłaszcza prezydent Lech Kaczyński, doceniają znaczenie Ukrainy na wciąż tworzącej się nowej mapie Europy. Chwała im za to. Czy jednak są w stanie prowadzić odważną politykę w sprawie Ukrainy? Z jednej strony zachęcać ukraińskich przyjaciół, by sobotnie porozumienie było tylko pierwszym krokiem, by za nim szła konsekwentna strategia reform dla kraju. Z drugiej, budować pomoc Unii Europejskiej dla ukraińskich reform. A najlepszym wsparciem, jeśli Ukraińcom uda się uporać z obecnym chaosem, będzie otwarcie przed nimi szans na członkostwo w UE. To ten wielki cel wywoływał mobilizację reformatorską w krajach Europy Środkowej. Podobnie byłoby teraz na Ukrainie.
Tymczasem w ostatnich dniach głos Polski w sprawie Ukrainy brzmiał blado. Po dwóch dniach szarpaniny w Kijowie prezydent Kaczyński miał do powiedzenia zaledwie: "Jeśli władze Ukrainy poproszą o mediację czy pomoc, Polska się oczywiście zgodzi". Komunikaty przewodzących dziś Unii Niemców były bardziej konkretne.
Dlaczego dziś Polska jest w sprawach ukraińskich dziwnie ospała? Proponowana przez Polskę mediacja w grudniu 2004 r. zakończyła się sukcesem z trzech powodów. Po pierwsze: mieliśmy niezłe kontakty z obiema stronami konfliktu na Ukrainie i nawet jeśli Janukowycz w końcu Kwaśniewskiego znienawidził, to jego zaproszeń do rozmów nie odrzucał. Po drugie: udało nam się do swych planów przekonać Europę - owszem, były opory, zwłaszcza we Francji i Niemczech, ale jednocześnie przyznawano, że Polska w sprawach Wschodu jest w Unii ekspertem. Po trzecie: w działaniach ukraińskich polska klasa polityczna była wówczas zjednoczona - w Kijowie był nie tylko Kwaśniewski, ale i Wałęsa, w przekonywanie Brukseli zaangażowali się wszyscy polscy europarlamentarzyści od lewicy przez PD i PO po PiS.
Dziś żadna z tych pozytywnych okoliczności nie występuje. Bracia Kaczyńscy, nie mówiąc o minister Fotydze, nie zabiegają na serio o wspieranie swej polityki zagranicznej przez opozycję. Nie są też w stanie przekonać Europy do polskiej wizji europejskiej polityki ukraińskiej - bo sami są przez większość interlokutorów w Unii postrzegani jako kłopot. Na Ukrainie polski premier i prezydent mają niezłe kontakty z dawnym obozem "pomarańczowych", ale z "niebieskimi" - fatalne. Zresztą i "pomarańczowi" coraz bardziej wolą widzieć jako adwokatów Ukrainy na Zachodzie nie Polaków, ale Niemców. - Oni może nie są wobec nas tak entuzjastyczni jak wy, ale dużo więcej w Europie mogą - mówią dyplomaci z Kijowa.
Ukraina to wielkie wyzwanie dla polskiej polityki zagranicznej. Wyzwanie trudne. Jak w soczewce widać w nim banalną wydawałoby się prawdę: im silniejsi będziemy w Europie, tym skuteczniejsi na Wschodzie. Wciąż wierzę, że bracia Kaczyńscy to zrozumieją.
Źródło: Gazeta Wyborcza