Po kilkumiesięcznych bezskutecznych naciskach i mediacjach międzynarodowych, którym oparły się nowe władze Hondurasu, Zelaya postanowił działać. W niedzielę wieczorem do lotniska w stolicy sąsiedniego Salwadoru zbliżył się niezapowiedziany wojskowy samolot Wenezueli i poprosił o pozwolenie na lądowanie. Nie dostał go, bo pilot nie potrafił podać przekonującego powodu awaryjnego lądowania. Mimo to samolot wylądował. Kiedy wysiadał z niego Zelaya, czekała już na niego karawana limuzyn zaprzyjaźnionego salwadorskiego rządu, który nie uznał nowych władz Hondurasu.
Dokąd prezydent odjechał z lotniska, nie wiadomo, ale następnego dnia wieczorem niespodziewanie zjawił się w brazylijskiej ambasadzie w stolicy Hondurasu Tegucigalpie. Prawdopodobnie przekradł się przez góry z Salwadoru albo sąsiedniej Nikaragui, która w czasie trzech miesięcy wygnania była jego tymczasową bazą wypadową.
Z ambasady Zelaya niezwłocznie rozesłał wieści o powrocie do ojczyzny. Wyszedł też na balkon w białym kapeluszu i ogłosił: - Moje hasło to: Ojczyzna, powrót do władzy albo śmierć! Nikt mnie już we śnie nie zaskoczy i mnie stąd nie ruszy.
Rząd Roberta Michelettiego, który go obalił, zbaraniał. Ogłosił godzinę policyjną, zamknął wszystkie lotniska w kraju i zażądał od Brazylii wydania Zelai, którego chce sądzić za zdradę stanu.
Brazylia, która również domagała się przywrócenia obalonego prezydenta, odmówiła. - Zelaya przyszedł do ambasady z żoną, nieuzbrojony i nie było powodu, by nie udzielić mu schronienia - oświadczył szef MSZ Celso Amorim. - Jak mu się coś stanie albo naszej ambasadzie, będzie to poważne pogwałcenie prawa międzynarodowego - ostrzegł.
Co gorsza dla nowych władz, powrót obalonego prezydenta pochwaliła cała opinia międzynarodowa. Nie tylko prezydent Wenezueli Hugo Chavez i Nikaraguańczyk Daniel Ortega, którzy popierali Zelayę od dawna z powodów ideologicznych, lecz także USA, Organizacja Państw Amerykańskich i Unia Europejska.
Ośmieleni powrotem przywódcy zwolennicy Zelai zignorowali godzinę policyjną i od poniedziałku koczują w pobliżu ambasady w samym centrum stolicy. Wczoraj rano usunęło ich stamtąd wojsko.
Zelaya, OPA, USA i UE wzywają do rozmów z nowym rządem. Ten na razie odmawia, ale nie wie, co począć. Powrót Zelai został najwyraźniej zorganizowany specjalnie tuż przed rozpoczęciem obrad Zgromadzenia Ogólnego ONZ w środę w Nowym Jorku. Otworzy je prezydent Brazylii Inacio Lula da Silva, a sprawa Zelai niechybnie stanie w samym środku uwagi Narodów Zjednoczonych.
Manuel Zelaya, bogaty farmer i przedsiębiorca, został wybrany na prezydenta w 2005 r. głosami prawicowego elektoratu. W czasie swoich rządów zmienił skórę, zawarł sojusz z czołowym populistą na kontynencie Hugo Chavezem i zaprzyjaźnił się z jego wielbicielami: Danielem Ortegą, Boliwijczykiem Evo Moralesem i kubańskim dyktatorem Fidelem Castro. Poróżnił się z częścią własnej partii i utracił większość w parlamencie.
Wiosną tego roku, kiedy zbliżał się koniec kadencji, postanowił pójść śladem Chaveza i doprowadzić do referendum, które zmieni konstytucję i pozwoli mu kandydować ponownie. Referendum zostało odrzucone przez parlament i sąd najwyższy jako nielegalne. Kiedy Zelaya próbował je mimo to przeprowadzić, 28 czerwca w nocy do prezydenckiego pałacu weszło wojsko, zabrało Zelayę w piżamie i odstawiło na samolot do Kostaryki.
W środę przylecą do Hondurasu zagraniczni mediatorzy, by uratować w kraju pokój i doprowadzić do kompromisu, tak by w listopadzie mogły się odbyć kolejne wybory prezydenckie. Ani Zelaya, ani Micheletti nie mogliby w nich wystartować.
Źródło: Gazeta Wyborcza