Siedem godzin z okładem - i bez przerwy obiadowej - trwała w piątek na szczycie krajów Ameryki Południowej kłótnia o umowę, jaką niedawno zawarł z USA rząd Kolumbii. Zezwala ona Amerykanom na użytkowanie siedmiu kolumbijskich baz wojskowych do wspólnej walki z terroryzmem i narkobiznesem.
Tej właśne sprawie poświęcone było spotkanie w argentyńskim kurorcie Bariloche u podnóża Andów. Lewicowi przywódcy latynoamerykańscy, Wenezuelczyk Hugo Chávez, Ekwadorczyk Rafael Correa i Boliwijczyk Evo Morales od tygodni alarmują, że umowa z Kolumbią to kolejny dowód na imperialistyczne zakusy USA. Chávez ogłosił nawet, że umowa "sieje wojnę" na kontynencie i groził zerwaniem stosunków z sąsiednią Kolumbią.
Tylko Peru i Brazylia broniły prawa rządu Kolumbii do podpisywania suwerennych umów. Prezydent Lula da Silva dawał jednak do zrozumienia, że sąsiadom Kolumbii przydałyby się gwarancje, że bazy kolumbijskie nie mogą zostać wykorzystane przez USA do akcji wrogich wobec krajów trzecich.
W roli "czarnego luda" od początku wystąpił w Bariloche prezydent Kolumbii Álvaro Uribe, który w transmitowanej na żywo w telewizji konferencji cierpliwe tłumaczył zebranym przywódcom, że bazy są i pozostaną kolumbijskie. Żołnierze USA pomogą tylko Kolumbijczykom w walce przeciw terrorystycznej partyzantce FARC oraz armiom paramilitarnym zajmującym się na ogromną skalę uprawą koki oraz produkcją i szmuglem kokainy, głównie do USA. Uribe przeczytał zebranym artykuł umowy zabraniający użycia baz do "interwencji w wewnętrzne sprawy państw trzecich".
- Bardzo trudno będzie nam z powodów technologicznych kontrolować loty samolotów amerykańskich, jeśli zaczną misje szpiegowskie nad Amazonią - straszył Ekwadorczyk Correa. Razem z Chávezem zażądali pełnego tekstu umowy do wglądu.
Wtedy zniecierpliwiony Uribe wypomniał kolegom, że praktycznej i skutecznej pomocy w tej walce z plagą terroryzmu i narkobiznesu Kolumbia doczekała się bynajmniej nie od sąsiadów, ale właśnie od USA. Tymczasem sąsiedzi - przywódcy Wenezueli i Ekwadoru - od lat wspierają narkopartyzantów FARC, dają im schronienie na swoim terytorium, załatwiają szlaki szmuglu kokainy, a nawet pomagają zdobyć broń. - Żałuję, że niektórzy przywódcy traktują narkoterrorystów jako sojuszników politycznych - wypalił Uribe.
Niezrażony tym Chávez cytował dokumenty strategiczne dowództwa armii USA mówiące o potrzebach Ameryki korzystania z baz na półkuli południowej i powtarzał, że "wieje wojną" oraz że Waszyngton dybie na jego życie oraz na wenezuelską ropę. Peruwiańczyk Alan Garcia nie wytrzymał i zakpił: - Nie rozumiem, czemu miałby dybać na ropę, skoro sam Pan mu swoją ropę cały czas sprzedaje?
Temperatura dyskusji gwałtownie podskoczyła i wygladało na to, że zebrani rozstaną się w karczemnej awanturze. Wtedy Lula da Silva, przywódca najpotężniejszego kraju Ameryki Południowej, walnął pięścią w stół. - Źle się stało, że obrady są transmitowane! - narzekał. Kazał zebranym ustalić komunikat końcowy ze szczytu i, o dziwo, został wysłuchany. Przyjęty dokument nie potępia Kolumbii za udostępnienie baz Amerykanom, ale pod warunkiem że bazy te "nie zagrożą suwerenności i integralności terytorialnej innych krajów regionu".
Źródło: Gazeta Wyborcza