Szef hiszpańskiej dyplomacji Migual Angel Moratinos o godz. 14 przejechał pod podniesionym szlabanem oddzielającym wąski skalisty półwysep od Hiszpanii i w hotelu Rock (Skała) spotkał się ze swym brytyjskim kolegą Davidem Millibandem i miejscowym premierem Terytorium Zamorskiego Gibraltar Peterem Caruaną. Porozmawiali o współpracy handlowej, ruchu osobowym, zasadach współpracy na wodach przybrzeżnych, ale nie o tym, o czym od dawna chcą mówić Hiszpanie - czyli odzyskaniu przylądka.
O tym Brytyjczycy nie chcą słyszeć, podobnie jak 29 tys. mieszkańców Gibraltaru, którzy cieszą się wieloma podatkowymi i handlowymi przywilejami. Na potwierdzenie tego nastawienia ministra Moratinosa wszędzie witały powiewające flagi Wielkiej Brytanii i Gibraltaru.
Poprzedni prawicowy rząd w Madrycie uzgodnił co prawda z Londynem zasady przyłączenia Gibraltaru do Hiszpanii, ale by do układu doszło, musieli go przyjąć w referendum sami mieszkańcy Terytorium Zamorskiego. Tymczasem 98 proc. wypowiedziało się przeciw traktatowi i Skała pozostała częścią Wielkiej Brytanii. Od tamtej pory trwają rozmowy dwustronne o różnych sprawach, ale oddanie Gibraltaru Hiszpanii nie wchodzi w grę.
Prawicowa opozycja rytualnie uderzyła na alarm z powodu wizyty socjalistycznego ministra. - To osobisty kaprys ministra Moratinosa, za którego przyjdzie nam się wstydzić, i obraza godności Hiszpanii. To krok w tył w walce o zwierzchność Hiszpanii nad Gibraltarem - wołali rzecznicy Partii Ludowej.
To jednak zwykłe zaklęcia. Prawica u władzy w Madrycie też nie byłaby w stanie wynegocjować przyłączenia Gibraltaru do Hiszpanii. Przylądek został przyznany Brytyjczykom w traktacie z 1713 r. i był od tego czasu ich strategiczną bazą wojskową strzegącą przejścia z Atlantyku na Morze Śródziemne.
Dziś nadal jest bazą, ale przede wszystkim słynie jako raj gospodarczy. Działa tu 80 tys. przedsiębiorstw, m.in. mnóstwo firm internetowych i hazardowych, a także banków, przez które przepływają kapitały z całego świata. Nie płacą podatków oraz podlegają osobnym przepisom strzegącym tajności informacji i operacji finansowych. W dodatku nie istnieje tu podatek VAT i ceny na wszelkie towary są niższe niż gdzie indziej w Europie.
Hiszpanie oskarżali Gibraltar o to, że daje schronienie ok. 30 tys. firm piorących pieniądze z narkobiznesu. We wczorajszym wywiadzie dla dziennika "El Pais" premier Caruana oznajmił, że to przesada: - Nie jesteśmy większą pralnią niż Szwajcaria czy Luksemburg. Ja nie mówię, że tu nigdy nie prano pieniędzy, ale mówić, że było to 30 tys. firm, których zresztą już nie ma, a które prały pieniądze z narkotyków, to nieprawda.
Źródło: Gazeta Wyborcza