Wynik wyborów zapowiada koniec politycznego czyśćca, na jaki dziewięć lat temu Meksykanie skazali Partię Rewolucyjno-Instytucjonalną PRI. Populistyczna PRI rządziła Meksykiem nieprzerwanie od 1929 r. za pomocą mieszaniny przemocy, korupcji i oszustwa wyborczego.
PRI wygrywała kolejne wybory i panowała niepodzielnie. Była zrośnięta z państwem, nigdy nie zagroził jej ani wojskowy pucz, ani żadna demokratyczna siła polityczna. Przeciw monopolowi PRI protestowali najwybitniejsi meksykańscy intelektualiści, w tym noblista Octavio Paz, Carlos Fuentes czy Enrique Krauze, a wybitny peruwiański pisarz Mario Vargas Llosa nazywał rządy PRI "dyktaturą doskonałą".
Dopiero po przystąpieniu w 1994 r. Meksyku do strefy wolnego handlu NAFTA razem z USA i Kanadą, na fali demokratyzacji władza PRI zaczęła kruszeć. W 2000 r. partia przegrała wreszcie pierwsze w swojej historii wybory prezydenckie, a władze objął przywódca konserwatywnej Partii Akcji Narodowej PAN Vicente Fox. Sześć lat później prezydentem został Calderón z tej samej partii. PAN stała się największą partią parlamentarną, a PRI wydawała się skazana na długie lata kwarantanny.
Jednak w niedzielę PRI wygrała wybory do parlamentu, zdobywając 36 proc. głosów, PAN dostała ich zaledwie 28 proc. PRI zdobyła blisko połowę z 500 miejsc w parlamencie i razem z Zielonymi będzie miała większość.
Oznacza to, że konserwatywny prezydent Felipe Calderón w ostatnich trzech latach swojej prezydentury nie będzie mógł przeprowadzić żadnej z ambitnych reform instytucjonalnych i gospodarczych. Nie zreformuje m.in. państwowego kolosa naftowego PEMEX przez dopuszczenie inwestycji zagranicznych, nie uda mu się zastąpić skorumpowanych przez gangi narkotykowe kilku tysięcy lokalnych policji stanowych i miejskich nową policją federalną.
PRI nie może jednak uważać wyniku za swój sukces, bo w liczbach bezwzględnych zdobyła tyle samo głosów co w poprzednich wyborach. Wyborcy odwrócili się po prostu od konserwatystów, obwiniając ich o najcięższy od 70 lat kryzys gospodarczy oraz bezprecedensową falą przemocy. W tym roku gospodarka Meksyku skurczy się o co najmniej 8 proc., na bezrobocie trafi dodatkowy milion ludzi.
W bezpardonowej wojnie, jaką prezydent Calderón wydał kartelom narkotykowym, pada coraz więcej ofiar. W 2008 r. było ich przeszło 6 tys., w tym roku codziennie ginie 18 osób.
Źródło: Gazeta Wyborcza