Pieczołowicie przygotowywana od miesięcy akcja, w której nie padł strzał i nikomu włos nie spadł z głowy, dała wolność umęczonym zakładnikom, poczucie zwycięstwa rządowi prezydenta Alvaro Uribe i klęski komendantom FARC, czyli Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii.
Już na lotnisku w bazie wojskowej w Bogocie, dokąd przewieziono uwolnionych kilka godzin wcześniej jeńców i gdzie czekali ich najbliżsi, a potem w studiu telewizyjnym oraz w internecie odbył się wielogodzinny festyn triumfu, radości i wdzięczności. Uwolnieni, ich rodziny, dowódcy i oficerowie, prezydent Uribe i minister obrony gratulowali sobie, dziękowali, ściskali się, śmiali i płakali ze wzruszenia.
- To była nieskazitelna, doskonała operacja - mówiła po hiszpańsku i po francusku uśmiechnięta od ucha do ucha bohaterka dnia Kolumbijka i Francuzka Ingrid Betancourt. Wszyscy klaskali.
Z całego świata popłynęły gratulacje dla prezydenta Uribe i wezwania, by FARC wypuściły wszystkich zakładników, złożyły broń i zaczęły rozmowy z rządem o zakończeniu trwającej blisko pół wieku wojny domowej.
Politycznym triumfatorem jest prezydent Kolumbii, który siedem lat temu wypowiedział FARC wojnę bez pardonu. Nikt wtedy nie wierzył, że FARC można zmusić do odwrotu, nie mówiąc o ich pokonaniu. Powstałe prawie 50 lat temu FARC w ciągu kilkudziesięciu lat wyrodziły się z chłopskiej samoobrony przed terrorem w najsilniejszą nieregularną armię świata, która z terroru, handlu kokainą i porwań uczyniła metodę i treść swojej walki. Jej lewacka ideologia dziś ledwo przykrywa zbrodniczą codzienność, której miliony Kolumbijczyków mają dosyć.
Partyzancką armię otaczał nimb nieuchwytnej i niezwyciężonej siły dowodzonej przez przebiegłego Manuela Marulandę. Nieograniczone schronienie dawała jej
geografia Kolumbii - trzy ogromne łańcuchy górskie, przepastne, zalesione doliny, wielkie obszary niemal niezamieszkanej dżungli tropikalnej poprzecinanej rwącymi rzekami. Tam partyzanci czuli się jak ryba w wodzie, a wojsko było wcześniej bezradne.
Ale Uribe rozbudował armię, podniósł dyscyplinę i uzbroił dzięki amerykańskiej pomocy w najnowocześniejszą technologię i najlepszą broń, w tym helikoptery Black Hawk.
I farkowcy zaczęli się cofać, choć dalej twardo walczyli. Siłę dawały im ciągle wielkie terytorium oraz ogromne dochody z handlu kokainą, dzięki którym mogli zdobywali niemal każdą ilość i rodzaj broni. FARC pomagali po cichu prezydenci sąsiednich Wenezueli i Ekwadoru, lewicowi populiści Hugo Chavez i Rafael Correa, dla których armia była sojusznikiem w walce z "amerykańskim imperializmem" i o panowanie na kontynencie.
Uporczywa ofensywa armii rządowej zaczęła przynosić owoce, ale farkowcy liczyli na to, że gdy po czterech latach odejdzie Uribe, jego następca nie będzie ich ścigał z taką zajadłością i pójdzie na ustępstwa, jak to bywało w przeszłości. Popularny Uribe zmienił jednak prawo, w 2006 zapewnił sobie reelekcję i odebrał dowódcom FARC nadzieję na kilka lat wytchnienia. I wówczas potężne, ruchliwe i zdyscyplinowane oddziały zaczęły się kruszyć.
Trzy lata temu wpadła i została wydana do USA "kokainowa intendentka" FARC "Sonia". Potem padli w walce ważni komendanci "Negro Acacio" i Martin Caballero. Mnożyły się ucieczki i dezercje szeregowych partyzantów znużonych walką, brutalnością dowódców i skuszonych ofertą rządu powrotu do cywilnego życia w zamian za zeznania.
W styczniu dowódcy uwolnili dwie zakładniczki, ale nie poprawiło to ich wizerunku. Opowieści zakładniczek o wieloletniej niewoli, więzieniu w klatkach z drutem kolczastymi i łańcuchami na szyi uświadomiły opinii publicznej, jaki jest terror FARC.
1 marca w rajdzie policji kolumbijskiej na obóz FARC po ekwadorskiej stronie granicy zginął Raul Reyes, drugi po Manuelu Marulandzie. W ręce władz wpadły jego laptopy zawierające całą dokumentację i logistykę dowództwa, informacje o jego konszachtach z rządami Ekwadoru i Wenezueli.
Krótko potem oddała się w ręce władz ważna komendant "Karina". A zaraz potem osaczony w puszczy oddział komendanta Ivana Riosa podniósł bunt, zabił dowódcę, którego ciało wydał armii, i poddał się w zamian za nagrodę pieniężną.
Wśród partyzantów szerzyło się zniechęcenie, rozprzężenie i strach. Oddziały miesiącami błąkały się samotnie po pustkowiach, bojąc się nawiązać łączność z dowództwem ze względu na nasłuch elektroniczny.
W kwietniu zaś po wielotygodniowym oblężeniu w obozie w dżungli zmarł lub zginął ojciec założyciel i żywa legenda FARC Manuel Marulanda. A w czerwcu ruszyła operacja uwalniania najważniejszych zakładników.
Jej sukces to najcięższa klęska w niemal półwiecznych dziejach partyzantki. Następca Marulandy Alfonso Cano dostał cios w samo serce zaraz na początku panowania. Gorszy nawet niż śmierć najważniejszych przywódców. Bo nikt tu nie zginął w walce. Terroryści zostali wywiedzeni w pole i okazali się bezradni wobec infiltracji wywiadu. Utracili też największe atuty do szantażowania rządu: zakładników, o których życie walczyli rząd, opinia publiczna i za sprawą sławnej Ingrid Betancourt bez mała cały świat.
Operacja armii kolumbijskiej miała kryptonim "Szach". Do mata może jeszcze brakuje kilku ruchów, ale po raz pierwszy na widnokręgu majaczy koniec partii.