Z brutalną szczerością reżim kubański objaśnił swoim poddanym i światu, gdzie są granice zmian, których można oczekiwać po Raulu Castro, młodszym bracie niedomagającego dyktatora Fidela Castro. Yoanis Sanchez wbrew wszelkim przeciwnościom losu, cenzurze, mimo braku komputera podbiła świat
swoim blogiem. Przez kilka tygodni od przyznania jej przez hiszpański
dziennik "El Pais" nagrody w dziedzinie dziennikarstwa internetowego reżim wytrwale ignorował starania jury oraz samej Yoanis o pozwolenie na wyjazd do Madrytu. Yoanis miała samolot w sobotę, ale MSW milczało, więc przesunęła rezerwację na wtorek.
Do zamknięcia "Gazety" wszystko wskazywało na to, że reżim jej ostatecznie nie wypuści. - Nie mam odpowiedzi, ale nie tracę nadziei - wyjaśniała przez telefon dziennikarzom "El Pais". - To jest świetny sprawdzian tego, czy Raul Castro chce prawdziwego otwarcia, czy to tylko gadanie.
Yoanis dostała nagrodę za blog "Generacion Y", który rok temu uruchomiła w Hawanie. Pisze do niego dwa, trzy razy w tygodniu, wpadając na kilka minut do płatnych kafejek internetowych. W kwietniu jej internetowy dziennik miał powyżej czterech milionów wizyt! Tygodnik "Time" tak się zachwycił kubańską blogerką, że wpisał ją na listę 100 najbardziej wpływowych ludzi roku 2007. Yoanis ma rozmówców i korespondentów na całym świecie, także na zatrzaśniętej przed internetem Kubie. Większość czyta jej wpisy z entuzjazmem i solidarnością, ale zdarzają się wtręty czujnych strażników reżimu, którzy bombardują blog wyzwiskami albo propagandą. Strona jest co jakiś czas blokowana przez cenzurę, zwłaszcza dla ewentualnych czytelników na wyspie.
Yoanis pisze o kubańskiej i własnej codzienności. Opisuje i ilustruje własnym zdjęciami tylko to, co widzi i słyszy. Nie publikuje politycznych ani ideologicznych manifestów, ale jej zapiski mówią więcej o rzeczywistości Kuby pod dyktaturą niż oskarżenia opozycjonistów. Ma 32 lata i jej głos trafił w wrażliwość pokolenia urodzonego sporo po rewolucji, które chowało się w latach sowieckich masowych dotacji, obowiązkowych szkolnych wyjazdów na wieś na obozy pionierów, radzieckich lalek oraz masowych ucieczek przez morze do USA. Wyłom, jakiego dokonała w powszechnej, codziennej kulturze strachu i autocenzury, które pętają nawet sferę komunikacji między Kubańczykami, sprawia, że jedni poznają ją i pozdrawiają na ulicy, inni zerwali z nią znajomość.
Od kilku miesięcy dziedzic dyktatora Raul Castro wprowadza powierzchowne reformy na wyspie. Zezwolił Kubańczykom na kupno telefonów komórkowych, odtwarzaczy DVD oraz sprzętu elektronicznego, zniósł zakaz wstępu do hoteli przeznaczonych dla turystów zagranicznych, a nawet zapowiedział zniesienie zakazu podróżowania za granicę bez specjalnego zezwolenia. Na razie jednak trzyma naród w klatce.
Kilka dni temu Yoanis napisała: "U nas wiadomości podróżują za granicę, a potem wracają rykoszetem. Zadzwonili właśnie do mnie z Hiszpanii, że już nie potrzeba zezwolenia na wyjazd z Kuby. Akurat szłam do urzędu w sprawie podróży do Madrytu. Urzędniczka oświadczyła, że figa, zezwolenie trzeba mieć i kosztuje 150 pesos wymienialnych [tyleż dolarów]. No cóż, zgięłam kark, zapłaciłam i przez chwilę klęłam na niesprawdzone informacje. Czy także na nadzieje, które się nie spełnią?".
Z bloga Yoanis: "Dla sceptyków, którzy myślą, że nic się nie zmienia, oto zdjęcia mojego chleba na kartki z lipca ub.r. i z maja tego roku. Główna różnica to nie tylko wygląd. Pomiędzy tymi zdjęciami jest kilku zarządców piekarni wyrzuconych za malwersacje, kilka zebrań, na których rozliczano za skargi na jakość produktu, oraz rosnące przekonanie, że oto ostatecznie już zapomnieliśmy, jak się piecze chleb".
