Podporucznik policji John Frank Pinchao ma 33 lata. Od dwóch dni uważa się za w czepku urodzonego, choć jeszcze nie dawno bał się, że zostanie z niego tylko szkielet porzucony w amazońskiej dżungli.
W środę odnalazł go patrol policji antynarkotykowej w łodzi rybackiej indiańskiego wieśniaka. Był schorowany i w stanie wycieńczenia.
17 dni w dżungli
Zdarzył mu się cud, który przydarza się tylko pojedynczym szczęśliwcom z wielotysięcznej rzeszy żołnierzy, policjantów, polityków, dziennikarzy, menedżerów i inżynierów od dziesięcioleci porywanych na wymianę lub dla okupu przez terrorystyczne armie FARC czy ELN. Sam FARC przetrzymuje dziś w niedostępnych lasach i górach Kolumbii około tysiąca jeńców-zakładników. Niektórzy z nich, jak John Pinchao, spędzają w niewoli lata, wleczeni z obozowiska do obozowiska po odległych, niezamieszkanych pustkowiach.
28 kwietnia w czasie tropikalnej ulewy Pinchao zdołał po miesiącu mrówczej pracy poluzować na tyle kajdany, jakimi skuwano go na noc wraz z innymi jeńcami, by wyśliznąć się z oków i zbiec. Błąkał się po tropikalnej dżungli przez 17 dni, starając się trzymać biegu rzeki.
Przez pierwsze dni żywił się racjami żywnościowymi z niewoli - mlekiem w proszku i mąką z juki. Potem walczył z głodem, jedząc pędy i owoce albo usiłując łapać ryby na haczyk zrobiony z oczka łańcucha, jakim był wcześniej skuty.
Szedł dniami, a nocami okładał całe ciało i stopy wewnątrz butów liśćmi palmowymi, by chronić skórę przed atakującymi zewsząd insektami. A i tak wyciągnął spod skóry ponad 20 robaków, które zdołały mu się zalęgnąć w ranach po kajdanach.
Powrót do punktu wyjścia
Po dwóch tygodniach spotkał indiańskiego rybaka, którego uprosił, by go ukrył w łodzi pod stertami liści i owoców przed pościgiem partyzantów. Patrol policji spotkali po trzech dniach.
Wojsko z nasłuchu partyzantów wiedziało, że FARC uciekł jeniec, którego już od dawna ścigają. Kapitan patrolu zabrał go helikopterem do bazy policji w Mita, skąd porwano go osiem lat wcześniej, a potem samolotem do Bogoty, gdzie od razu wzięto go do szpitala.
Tam czekała na niego rodzina, żona, która w chwili porwania męża była w ciąży, i ich już ośmioletni syn Alejandro oraz ojciec, matka i siostry.
Porucznik planował ucieczkę od dwóch lat. Wpadł w ręce FARC, kiedy 1,2 tys. terrorystów uzbrojonych w gazowe bomby zapalające napadło na miasteczko Mita w 1998 r. Zabili 43 żołnierzy, a ponad 60 uprowadzili. Część wymienili na swoich, część, w której był Pinchao, włóczyli ze sobą latami po dżungli.
Ingrid Betancourt żyje?
Pod szpitalem w Bogocie czekała na porucznika długa kolejka rodzin porwanych Kolumbijczyków mających nadzieję, że wie coś o ich od dawna niewidzianych bliskich. Zadowolić mógł jednak tylko garstkę. Ale i tak jego zeznania były sensacyjne.
Okazało się, że był w grupie 55 najważniejszych jeńców przeznaczonych na ewentualną wymianę z rządem, który z kolei więzi kilkuset żołnierzy FARC. Pinchao jest pierwszym, który z pierwszej ręki mógł potwierdzić, że w jego grupie jest cała i zdrowa Ingrid Betancourt. To porwana pięć lat temu przez FARC kandydatka w wyborach prezydenckich, obywatelka francuska, o której uwolnienie zabiegał przez lata prezydent Jacques Chirac.
Pinchao opowiedział, że Betancourt próbowała uciekać pięć razy, za co była surowo karana. Mówił, że jest cały czas pilnowana, skuwana co noc na 12 godzin kajdanami i łańcuchami z pozostałymi więźniami - czasami parami za ręce, nogi i szyje jednocześnie, by na ucieczkę nie mieli żadnych szans. Czasem bywali skuci za szyje miesiącami.
- Bywało, że gnali nas biegiem po lesie, a nad głowami latały helikoptery. Wrzeszczeliśmy "Zwycięstwo!", bo czuliśmy, że idzie odsiecz. Chociaż wiedzieliśmy, że odsiecz znaczyła śmierć, bo o tym nas uprzedzali. Ale niektórzy wolą umrzeć niż gnić dalej w niewoli - mówił Pinchao.
Porucznik powiedział rodzinie, że Ingrid przechorowała w niewoli żółtaczkę. Miała przez długi czas wieści o szukającej jej rodzinie dzięki miniaturowemu radioodbiornikowi, który przez pewien czas zdołała ukryć przez strażnikami.
Miłość w czasach terroru
Pinchao opowiedział też, że prawdą jest, iż asystentka Ingrid, Clara Rojas, urodziła i wychowuje w niewoli chłopca Emmanuela, którego ojcem był jeden z partyzantów. Historia miłości w czasach terroru obiegła Kolumbię rok temu, gdy opisał ją dziennikarz, którego FARC wpuścił do swojego obozu, żeby mógł napisać reportaż.
Porucznik potwierdził także, że żyją w niewoli trzej pracownicy amerykańskiej firmy porwani w 2003 r. Jeden z nich choruje na żółtaczkę. W grupie jest jeszcze kilkunastu oficerów armii i policji, polityków i radnych.
Ze łzami w oczach porucznik Pinchao prosił ich wszystkich w czwartek o wybaczenie, że uciekł, a oni zostali, bo - jak zeznał - zawsze po ucieczce pozostali w niewoli jeńcy są surowo karani. - Mam nadzieję, że wrócą wkrótce w ten czy inny sposób. Niech ich Bóg ma w swojej opiece i oby nie spotkała ich krzywda z mojej winy.
Źródło: Gazeta Wyborcza