Do starcia doszło od razu po przyjeździe prezydentów i ich ministrów na szczyt na wyspę Margarita u karaibskich wybrzeży Wenezueli. Ministrowie ds. energii zamiast uzgodnić w dwie godziny treść deklaracji na temat polityki energetycznej na kontynencie, siedzieli nad nią 11 godzin. Potem zmienili ich ministrowie spraw zagranicznych i dalej nic.
Biesiadujący wieczorem na uroczystej kolacji prezydenci, a wśród nich główni przeciwnicy - Brazylijczyk Inacio Lula da Silva i Wenezuelczyk Hugo Chavez - wciąż czekali na tekst, który mieli uroczyście podpisać następnego dnia.
Energetyczna sieć Wenezuelczyka
Spór jest zasadniczy. Brazylia jest drugim na świecie producentem biopaliw z roślin uprawnych i od 30 lat stosuje etanol z powodzeniem u siebie. Miesiąc temu prezydent Lula da Silva podpisał umowę z pierwszym na świecie producentem etanolu - USA - o współpracy przy produkcji biopaliw na gigantyczną skalę.
Amerykanie w obawie przed uzależnieniem się od wciąż drożejącej ropy naftowej chcą w ciągu dziesięciu lat spowodować, by 20 proc. ich zapotrzebowania na paliwa płynne pokrywał etanol. Dla Brazylii, pierwszej gospodarki Ameryki Południowej, współpraca z najpotężniejszym krajem świata jest strategicznym celem. I nie ma tu nic do rzeczy, że obecny prezydent Inacio Lula da Silva jest weteranem lewicy, która w USA zawsze upatrywała zagrożenia dla niepodległości krajów Ameryki Łacińskiej.
Hugo Chavez jest skrajnym wrogiem USA, liberalizmu i kapitalizmu na kontynencie i w retoryce antyimperialistycznej dawno przegonił swojego mistrza - dyktatora Kuby Fidela Castro. Kiedy umowa Brazylii z USA wyszła na jaw, obaj podnieśli krzyk.
Castro z łamów dziennika "Granma" przypuścił wściekły atak na energetyczne projekty George'a Busha, którego wprost oskarżył, choć Lulę da Silvę znacząco pominął, o "ludobójczy" zamiar zagłodzenia na śmierć 3 mld ludzi w Trzecim Świecie. Castro wieszczył, że masowa uprawa trzciny cukrowej i kukurydzy pod produkcję etanolu wywinduje ich ceny poza zasięg biednych krajów i odbierze pokarm biedocie w Afryce i Ameryce Łacińskiej.
Wtórował mu Chavez, dla którego bajeczne bogactwo naftowe i gazowe Wenezueli stanowi od lat oręż w walce o rząd dusz w Ameryce Południowej i zarazem bicz na imperializm amerykański. Dzięki krociowym dochodom z ropy, której Wenezuela jest piątym eksporterem w świecie, Chavez utrzymuje upadłą gospodarkę Kuby. Sprzedaje też ropę po zaniżonych cenach licznym krajom Ameryki Łacińskiej i proponuje budowę wspólnych rafinerii w zamian za polityczną przychylność dla swego życiowego celu: budowy socjalizmu XXI wieku.
- Nikt nie chce siać fasoli, tylko kukurydzę! I nie po to, żeby robić placki i chleb, tylko po to, żeby sprzedawać ją Amerykanom, żeby mieli etanol do swoich aut! - krzyczał oburzony Chavez w swoim ostatnim coniedzielnym programie telewizyjnym.
Mocarstwowe plany Chavez obejmują oplecenie krajów Ameryki Łacińskiej gigantyczną siecią rurociągów i gazociągów, którą tłoczone będą ropa i gaz z Wenezueli. Jego sojusznikami są w tej sprawie Boliwia, potęga gazowa rządzona przez innego populistę Evo Moralesa, oraz Ekwador, którego prezydentem został inny wielbiciel wenezuelskiego populisty Rafael Correa.
Chavez chce też utworzyć gazowy kartel ponadnarodowy na wzór roponośnego OPEC, w którym on sam z zasobami gazu na 300 lat oraz Boliwia graliby pierwsze skrzypce.
Biopaliwa to dochody dla wszystkich
Ten projekt podoba się pozbawionej własnych surowców energetycznych Argentynie. Ale nie Brazylii, która ma siedem razy potężniejszą i o wiele bardziej nowoczesną i zróżnicowaną gospodarkę od monosurowcowej Wenezueli. Brazylia, naturalny przywódca kontynentalny, chce sama uniezależnić się od jednego tylko źródła energii i proponuje swój biopaliwowy projekt innym krajom kontynentu. Podoba się to w Chile, Kolumbii, Peru czy Paragwaju, które już wyraziły chęć współpracy.
Dla megalomańskich wizji Chaveza, który chce zostać lewicowym przywódcą i dobroczyńcą kontynentu, ambicje i plany Brazylii to cios w samo serce, zwłaszcza jeśli jej wspólnikiem w budowie potęgi energetycznej miałyby być USA.
Hugo Chavez poklepywał po plecach i obejmował się ostentacyjnie z Inacio Lula da Silvą na Margaricie i powtarzał: - Nigdy nie pokłócimy się z Brazylią, nigdy nie pokłócę się z Lulą, bo naszym wspólnym wrogiem jest imperializm amerykański.
Ale Brazylijczyk wcale mu skwapliwie nie potakiwał. A jego minister Marco Aurellio Garcia prostował wobec dziennikarzy prostackie tyrady Castro i Chaveza o skutkach planów biopaliwowych.
- Problemem Trzeciego Świata nie jest brak żywności, ale brak dochodów, za które można ja kupić - mówił. I przypominał, że uprawy pod etanol nie zmniejszą upraw żywności, lecz przeciwnie, dadzą pracę i dochody ludziom w wielu krajach, które właśnie we współpracy z Brazylią w dziedzinie produkcji biopaliw pokładają nadzieję na poprawę bytu.
Minister spraw zagranicznych Celso Amorim przypomniał, że zanim Brazylia podpisała umowę z USA, podobną zawarła rok temu z samą Wenezuelą. Wtedy ludobójcze plany sąsiada Hugo Chavezowi nie przeszkadzały.
Źródło: Gazeta Wyborcza