Wczoraj Siergiej Mironow, marszałek Rady Federacji, wyższej izby parlamentu i przewodniczący Rosyjskiej Partii Życia, ogłosił, że jego ugrupowanie łączy się z partią Rodina (Ojczyzna) oraz Rosyjską Partią Emerytów i tworzy razem z nimi nową opozycyjną lewicową siłę, która wystąpi przeciw "monopolizowaniu władzy w Rosji". Jednym tchem dodał jednak, że nowa partia w żadnym wypadku nie będzie występować przeciw Kremlowi i prezydentowi Władimirowi Putinowi, którego politykę w pełni popiera. Ma za to stanowić opozycję wobec prokremlowskiej Jednej Rosji.
Informacja o zjednoczeniu trzech partii potwierdziła tylko to, co jeszcze w marcu mówił Władysław Surkow, zastępca szefa administracji Kremla odpowiedzialny za porządki na rosyjskiej scenie politycznej. Narzekał, że władza w Rosji opiera się tylko na jednej, "prawej nodze", czyli opanowanej przez biurokratów Jednej Rosji. Potrzebna jest jej "lewa noga", za której pomocą można będzie wykopać ze sceny politycznej niezależnych komunistów i nacjonalistów.
Kreml rękami Surkowa nie pierwszy raz próbuje zapełnić swymi ludźmi komunistyczno-nacjonalistyczną niszę. Rodinę stworzono właśnie w tym celu przed wyborami parlamentarnymi w 2003 roku. Surkowowi się wtedy powiodło, bo jego twór zdobył 5,5 mln głosów (9 proc.), które odebrał komunistom. Szybko jednak okazało się, że przywódcy partii Siergiej Głaziew i Dmitrij Rogozin próbują się uniezależnić od Kremla i trzeba było ich zamienić na bezbarwnego Aleksandra Babakowa.
Większość obserwatorów sceptycznie podchodzi do ostatniej partyjnej inwestycji Kremla. Zwracają uwagę, że nową partię będzie trudno nawet nazwać, bo każdy z przywódców trzech połączonych ugrupowań chce zachować w nazwie swój "znak firmowy" (Mironow już zaproponował niemożliwą do wymówienia nazwę: "Ojczyzna, Emeryci, Życie - Związek Zaufania"). Nowe ugrupowanie nie ma też wybitnych osobowości. Opinia publiczna jakoś kojarzy tylko Mironowa, ale i to raczej z powodu jego niezręcznych wyskoków. Kiedy marszałek Rady Federacji kilka lat temu był w Izraelu, nie zechciał się widzieć z popieranym przez Moskwę Jasirem Arafatem, tłumacząc, że "z terrorystami się nie spotykamy".
Natomiast politolodzy zawsze potakujący Kremlowi, jak Siergiej Markow, już przepowiadają nowej partii wielką przyszłość. Jego zdaniem może ona nawet wygrać wybory do Dumy w 2007 r.
- Stworzenie nowej prokremlowskiej partii na 15 miesięcy przed wyborami może być ważnym wydarzeniem. Nie dlatego, że stanie się popularna i wygra wybory. Władza może zadekretować taki wynik wyborów, jaki jej będzie pasować. Nowe ugrupowanie może się jednak stać partią jednej z dwóch grup walczących ze sobą o władzę wewnątrz Kremla. Pierwsza grupa, czyli petersburscy stosunkowo liberalnie nastawieni biurokraci, ma swoją Jedną Rosję. Grupa druga - petersburscy "siłowicy" - chciałaby mieć swoją partię. Uważam, że to właśnie dla nich łączy się dziś w jedną trzy marginalne partie - powiedział "Gazecie" Michaił Dielagin, w przeszłości jeden z przywódców Rodiny.
Źródło: Gazeta Wyborcza