W Moskwie zapachniało Kijowem z roku 2004. Nad Dnieprem wszechobecny wówczas kolor pomarańczowy harmonizował z barwą więdnących jesienią kasztanów. W Moskwie leży teraz śnieg, a modna staje się harmonizująca z nim biel, wyraz protestu przeciw sfałszowaniu wyników grudniowych wyborów do Dumy. Według centralnej komisji wyborczej partia władzy, czyli Jedna
Rosja, zdobyła w nich większość mandatów.
W niedzielę moskwianie podchwycili prosty pomysł organizującej akcje protestacyjne Ligi Wyborców i po południu wyjechali na Sadowe Kolco, liczący 15,5 km pierścień ulic okalający centrum z Kremlem w środku. Przyozdobili swe auta czymś białym: wstążeczkami, balonikami, szalikami. I przez trzy godziny zajmowali jeden, gdzieniegdzie dwa czy trzy pasy ruchu, tworząc poruszający się biały pierścień protestu wokół Kremla.
Policja twierdziła początkowo, że w akcji wzięło udział 20, a potem 300 aut, ale w rzeczywistości było ich znacznie więcej. Według organizatorów 3 tys., a wg Federacji Automobilistów Rosji, która już organizowała takie manifestacje, na Sadowe wyjechało 5 tys. "białych" aut.
Pod Centralnym Domem Artysty na Wale Krymskim przechodnie pomagali kierowcy przyczepić prześcieradło do bagażnika mazdy.
- Czemu takie wielkie, wstążeczka panu nie wystarczy? - zapytałem.
- Musi być duże, żeby temu znów nie pomyliło się z kondomem - zaśmiał się w odpowiedzi.
"Ten" to Putin, który niedawno mówił w telewizji, że białe wstążeczki przypięte do kurtek uczestników grudniowej demonstracjach na placu Błotnym w Moskwie wydały mu się początkowo prezerwatywami.
Protestujący prześcigali się w pomysłach zdobienia aut. Na Sadowym pojawił się dżip przerobiony na pojazd pancerny uzbrojony w karabin maszynowy. Widziałem małe audi z koronkowym białym obrusem i kwiatami na dachu. Samochód
samochód z kukłą Putina na masce i białym napisem: "Wiozę na ch...".
To też bardzo przypomina Kijów sprzed siedmiu lat, gdzie ludzie starali się wszystko przyozdobić czymś pomarańczowym.
Pojawili się też i zwolennicy protestu ekstremalnego - młody chłopak przyjechał kabrioletem z białymi balonikami i przy 12-stopniowym mrozie zrobił co najmniej jedną rundę po Sadowym.
Był
rowerzysta, 19-letni student Instytutu Inżynieryjnego Artiom. - Byłem na demonstracji 5 grudnia, dzień po wyborach. Wtedy zaatakował nas OMON, ledwo udało mi się uciec, a koledzy dostali po 15 dni aresztu - opowiadał po przejechaniu trasy po Kolcu. - Byłem 10 grudnia na placu Błotnym, gdzie przyszło nas 40 tys., i dwa tygodnie później na prospekcie Sacharowa, kiedy demonstrowało 100 tys. przeciwników Putina. Będę chodził na wszystkie demonstracje, bo nie zgadzam się, by kraj pod rządami niezmiennego Putina przypominał monarchię feudalną - dodał i ruszył zrobić drugą rundę.
Przechodnie klaskali mu, zresztą na ogół z sympatią pozdrawiali kierowców "białych" aut i podnosili dłonie z palcami w kształt litery V.
Akcja na Sadowym Kolcu była próbą generalną przed sobotnim marszem opozycji w centrum Moskwy. Przez miasto ma przejść co najmniej kilkadziesiąt tysięcy demonstrantów i potem wziąć udział w wiecu na placu Błotnym w pobliżu Kremla. Chcą znów protestować przeciw sfałszowaniu wyników wyborów do Dumy oraz przeciw kandydowaniu Putina na prezydenta 4 marca.
Obóz władzy też wyprowadza ludzi na ulice. W sobotę w Jekaterynburgu, stolicy przemysłowego Uralu, na wiec poparcia dla Putina zjechało się od 10 do 12 tys. ludzi. Przemawiając, Walery Trapieznikow nazwał moskiewskich protestujących "kozłami" (w języku kryminalnym: pasywni homoseksualiści). - Niech ich przyślą do nas, do uralskich załóg. My tu ich przerobimy!" - obiecywał mówca, który już wcześniej zapowiadał, że klasa robotnicza z Uralu gotowi jest rozprawić się z "okularnikami" z Moskwy.
W podobnym duchu groził też Igor Chołmańskich, kierownik hali czołgów fabryki wagonów w Niżnym Tagile.
W Jekaterynburgu zbierano robocze rękawice, które zwolennicy Putina chcą przekazać przeciwnikom premiera i jego kandydowania. Może zrobią to w sobotę, kiedy przyjadą do Moskwy, gdzie i oni mają tego dnia manifestować.