Cóż jest wart dzisiejszy rosyjski protest? Bierze w nim udział gromadka, no może już i dosyć spora, niezadowolonych ludzi, niemająca jednak programu i przywódcy. Ten protest to żaden partner dla władzy - drwią Władimir Putin i jego ludzie z tych, co trzy tygodnie temu przyszli na plac Błotny w Moskwie, a w ostatnią sobotę na Prospekt Sacharowa.
Dla władzy to, jak tu się mówi, "błoto", bezkształtna masa bez głowy i celu. Poszumi i przestanie kipieć. Nie ma powodu, by siadać z czymś takim przy okrągłym stole, o jakim dziś do znudzenia piszą komentatorzy niezależnych rosyjskich gazet, przypominając doświadczenie Hiszpanii, Chile, a najczęściej Polski.
Okrągły stół to przecież nie miejsce dla masy, a protest z Błotnego, Sacharowa czy wielu miast Rosji przywódców rzeczywiście nie ma, bo sami demonstranci ich bezlitośnie eliminują - mówią na Kremlu, uciszając swój strach.
To prawda, że żaden ze znanych polityków opozycyjnych nie stanie się przywódcą buntu. Publiczność z Sacharowa jest bystra i pamięć ma dobrą. Dyskwalifikuje tych, którzy byli już u władzy.
Kiedy ze sceny próbował do niej przemawiać Michaił Kasjanow, dziś jeden z przywódców demokratycznej opozycji, tłum w odpowiedzi skandował: "Oddaj dwa procent". Do byłego ministra finansów (w czasach Borysa Jelcyna) i premiera (za Putina) przylgnęło przezwisko "Misza Dwa Procent", bo miał brać w łapę właśnie tyle od każdej zatwierdzanej przez siebie transakcji.
Na tym wiecu tłum wygwizdał też i Borysa Niemcowa, bo były wicepremier i kiedyś jeden z kandydatów na dziedzica Jelcyna, i Grigorija Jawlińskiego, przywódcę demokratycznego Jabłoka, bo niezdecydowany i stale kłóci się ze wszystkimi, i nacjonalistów - tych akurat za całokształt.
Jednak protestująca
Moskwa nie tylko eliminuje, ale także wybiera, a na wiecu gwizdała nie na wszystkich. W skupieniu słuchała dwóch bardzo różnych mówców - Dmitrija Bykowa i Aleksieja Nawalnego.
O tym ostatnim - prawniku, popularnym blogerze i człowieku walczącym z korupcją - od dłuższego czasu sporo mówi się na świecie. To on prowadzi stronę internetową "Rospił" (od słów "Rosja" i "pilit", czyli piłować, okradać, w tym przypadku
budżet państwa), starając się zgłębić tajemnicę finansów wielkich państwowych firm. Takich jak Gazprom czy Rosnieft, z których kas - jak zapewnia - ludzie Putina i sam premier zachłannie biorą sobie do kieszeni miliardy dolarów.
Nawalny, choć w polityce dopiero debiutuje, jest politykiem chytrym, a do tego zręcznym populistą. Przedstawia się jako liberał, ale czując, że dziś na rynku życia publicznego Rosji chodliwym towarem jest wielkoruski nacjonalizm, chodzi na szowinistyczne Ruskie Marsze i nazywa się wiernym wyznawcą prawosławia.
I jeszcze jest radykalny - to on na wiecu na Sacharowa zapowiedział, że protestujący nie pójdą "brać Kreml" tylko "na razie", ale w przyszłości upomną się o swoje. Dziś w Moskwie nie ma nastrojów rewolucyjnych, jeśli jednak władza będzie grać na zaostrzenie konfliktu, Nawalny ze swoją retoryką może zostać przywódcą buntu.
Z kolei Bykow to nie polityk, tylko poeta i pisarz, erudyta twórczy jak Balzak, nawet fizycznie podobny do wielkiego Francuza. Pisze stale dla kilkunastu gazet i magazynów, prowadzi programy w kilku stacjach radiowych i telewizyjnych, do tego jeszcze znajduje czas, by uczyć literatury w szkole średniej.
Dzięki tej pracowitości jest niezależny. I broni swej niezależności. Trzy lata temu Putin zaprosił go na swoje urodziny, ale Bykow w krótkich, celnych słowach zaproszenie odrzucił i zamiast u premiera zjawił się na wiecu zorganizowanym w rocznicę zamordowania dziennikarki Anny Politkowskiej. Putin przełknął jakoś tę zniewagę i pół roku temu ponowił zaproszenie - a Bykow znów pokazał mu gest Kozakiewicza.
Na Rosjanach, w których ojczyźnie magia władzy zawsze działała na twórców jak pyton na królika, taka demonstracja pogardy dla "przywódcy narodu" robi wielkie wrażenie.
Ale znaczenie Bykowa nie ujawnia się tylko w jego gestach. Rosyjski protest mówi dziś jego językiem, jego metaforami, powtarza jego anegdoty. To on od wiosny co tydzień pisze dla telewizyjnego kanału Dożd i
radia Echo Moskwy fenomenalny rymowany minispektakl na aktualny temat polityczny - "Obywatel Poeta".
Te opisujące życie dzisiejszej Rosji scenki - jednocześnie i śmieszne, i straszne, prezentowane przez znakomitego aktora Michaiła Jefremowa - tysiące Rosjan oglądają też od lata na scenach wypełnionych do ostatniego miejsca teatrów moskiewskich. Bilety na "Obywatela" są potwornie drogie, ale rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.
Dlatego rosyjski bunt nie zaczął się od protestów po grudniowych wyborach do Dumy, lecz od teatrów, w których "Obywatel Poeta" nauczył publiczność śmiać się z tych, którzy rządzą i chcą bez końca rządzić ich krajem.