Złożyli je w szpitalnej kostnicy, obok kilkunastu trupów - tych, którzy zginęli na wojnie w niedzielę.
- W piątek i sobotę nieustannie zwozili nam zabitych i rannych. Po dwustu dziennie. Od syren aż w głowie huczało - opowiada Merab Macharadze, chirurg z Tbilisi, który na wieść o wybuchu wojny z Rosją w Południowej Osetii przyjechał do Gori jako ochotnik. - W niedzielę było spokojnie, 50-60 ludzi. Ale dziś, choć to południe, przywieźli nam już prawie stu.
W pierwszy dzień wojny do szpitala trafiali niemal wyłącznie żołnierze. Lżej ranni, poobwiązywani bandażami, ale w starych, często pokrwawionych mundurach, przechadzają się wśród drzew w szpitalnym sadzie.
Nie chcą rozmawiać o nocnych bitwach w południowoosetyjskiej stolicy Cchinwali, gdzie zostali pobici przez rosyjskie czołgi, samoloty, a w końcu przez sprowadzonych z Pskowa spadochroniarzy. Szeregowy Dawid Guguładze, z przestrzelonym nosem i rozbitym okiem, zanim się rozpłakał, zdążył tylko powiedzieć, że nigdy nie wyobrażał sobie aż takiego koszmaru.
Od soboty, gdy uliczne walki ucichły, do szpitala zwożeni są głównie cywile, ofiary rosyjskich nalotów, ale także pierwszych operacji pacyfikacyjnych prowadzonych przez Rosjan w gruzińskich wioskach w Południowej Osetii. W dziewięciu wsiach, a raczej osadach mieszkało kilka tysięcy ludzi.
Nie wyjechali w latach 90., gdy Południowa Osetia ogłosiła secesję i wspierana przez Rosję wygrała wojnę z Gruzją. Nie wyjechali i teraz, gdy gruzińskie wojsko wkroczyło w zeszły piątek do Cchinwali, by złamać bunt niepokornej prowincji. Pierwsze zwycięstwa Gruzinów musiały tylko utwierdzić ich w przekonaniu, że żadne niebezpieczeństwo im nie grozi. Kiedy Rosja posłała do Południowej Osetii wojska, a wcześniej samoloty, na ucieczkę było już za późno. Od północy otaczają je wioski osetyjskie, a gdy leżące na południe od nich Cchinwali zajęli Rosjanie, drogi odwrotu do Gruzji zostały odcięte.
- Niektórym udaje się przedostać, choć wybierając się w drogę, ryzykują życiem - mówi doktor Macharadze. - Ale nie wywożąc z wiosek rannych, wydawaliby ich śmierci.
Ci, którym starcza desperacji i benzyny na drogę, wyruszają, jak tylko odlatują samoloty i cichną wybuchy zrzucanych przez nie bomb. Narażają się na ostrzał rosyjskich i osetyjskich posterunków, pościgi samolotów. - Nie wiem sam, czy bardziej współczuję ich nieszczęściu, czy podziwiam odwagę - podkreśla lekarz.
Jego pacjenci opowiadają mu o życiu w oblężonych, bombardowanych i ostrzeliwanych z dział wioskach. Mieszkańcy ukrywają się w piwnicach, a ze schronów wychodzą tylko, by przynieść jedzenie, wodę i schować się, zanim działa zaczną kanonadę na nowo. To huk ich wystrzałów słychać za dnia ze wzgórz na przedmieściach Cchinwali.
Koleżanka lekarza z Tbilisi, doktor Daridżan Kachidze, która również przyjechała jako ochotniczka z pogotowia w gruzińskiej stolicy, dodaje, że najnowszymi pacjentami stały się ofiary rosyjskich operacji pacyfikacyjnych w gruzińskich wioskach. W Południowej Osetii, ale także już w powiecie gorijskim, po gruzińskiej stronie.
- Rosyjscy żołnierze wkraczają do wsi, jak tylko odlatują samoloty, które zrzuciły na nie bomby. Przeszukują
domy, sprawdzają dokumenty, mówią, że szukają partyzantów, szpiegów - opowiada pani doktor. - Ludzie opowiadają, że są wyjątkowo brutalni, że zachowują się tak jak niedawno w Czeczenii.
Najpierw przed nacierającymi Gruzinami z 60-, 70-tysięcznej Południowej Osetii uciekło prawie 40 tys. Osetyjczyków. Teraz przed Rosjanami uciekają Gruzini, których i tak było tam niewielu.