Zimbabweński prezydent traktowany przez większość krajów jak parias z powodu swych tyrańskich rządów był już w Hongkongu, skąd zamierzał polecieć do Pekinu, na piątkowe rozpoczęcie olimpiady. We wtorek, powołując się na chińskie źródła, australijski "Sydney Morning Herald" podał, że nie chcąc drażnić zachodnich przywódców, jak prezydenci USA czy Francji, Chińczycy zakomunikowali Mugabemu, by nie ważył się pokazać nie tylko na stadionie olimpijskim, ale i w Pekinie.
Następnie sekretarz Mugabego przyznał, że jego szef faktycznie nie wybiera się już do Pekinu z powodu spraw najwyższej wagi państwowej. Prezydent wrócił mianowicie do kraju, by nadzorować rokowania jego partii ZANU-PF z opozycyjnym Ruchem na rzecz Demokratycznej Zmiany. Chodzi o podział władzy i wydostanie Zimbabwe z upadku gospodarczego i kryzysu politycznego.
Upadek gospodarki wywołała polityka Mugabego, a do kryzysu politycznego doprowadziła jego pogarda dla demokracji i praw obywatelskich. Wiosną przegrał wybory parlamentarne i prezydenckie, ale ani myślał godzić się z porażką ani oddawać władzy. Kazał swoim bojówkom sterroryzować kraj przed drugą turą, którą w czerwcu wygrał już bez kłopotów. Większość świata nie uznała ani wygranej, ani władzy Mugabego i ukarała go ostracyzmem i sankcjami.
Chiny należą do przyjaciół Mugabego. To dzięki ich, a także Rosji sprzeciwowi w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nie udało przegłosować się międzynarodowych sankcji wobec Zimbabwe. Chińczycy sprzedają Mugabemu broń, pożyczają pieniądze, pozwalają przyjeżdżać w gości.
Nie życzą sobie jednak żadnych politycznych ani dyplomatycznych skandali, które zakłóciłyby olimpiadę. Pod koniec lipca brytyjski "Daily Telegraph" podał, że to chińska perswazja, a nie groźby Zachodu czy kunszt dyplomatyczny południowoafrykańskiego prezydenta Thabo Mbekiego skłonił Mugabego do zgody na rokowania z opozycją. Powołując się na źródła dyplomatyczne w Harare, londyńska gazeta napisała, że ambasador Chin zakomunikował Mugabemu, że Pekin życzy sobie, by przynajmniej na czas olimpiady zachowywał się przyzwoicie, a w Zimbabwe zapanował spokój.
Zimbabweńskie targi toczą się w sekretnym miejscu, w pobliżu południowoafrykańskiej stolicy Pretorii. W zeszłym tygodniu załamały się, gdy Mugabe nie tylko kategorycznie zapowiedział, że nie ustąpi ze stanowiska prezydenta, ale w ramach podziału władzy gotów jest oddać przywódcy opozycji Morganowi Tsvangiraiowi, faktycznemu zwycięzcy prezydenckiej elekcji nieistniejące jeszcze stanowisko III wiceprezydenta. Opozycja zgodzi się tolerować Mugabego jako prezydenta, o ile Tsvangirai otrzyma inne nieistniejące jeszcze stanowisko - premiera. Miałby on przejąć od prezydenta większość władzy.
Rozmowy miały zakończyć się już w poniedziałek, ale we wtorek ogłoszono, że potrwają "tyle, ile potrzeba".
Źródło: Gazeta Wyborcza