O kandydowaniu 84-letniego Mugabego, który doprowadził kwitnący kraj na skraj bankructwa, zdecydowało wczoraj po pięciogodzinnej naradzie biuro polityczne rządzącej partii ZANU-PF.
- Nie mamy wątpliwości, że w dogrywce wygramy i utrzymamy władzę - zapowiada wiceminister informacji Bright Matonga. - W pierwszej rundzie zawiedliśmy naszego prezydenta. Nie doceniliśmy opozycji i zaangażowaliśmy tylko czwartą część naszej energii w kampanię wyborczą. Teraz poświęcimy się temu całkowicie.
Opozycja jest przekonana, że jej kandydat Morgan Tsvangirai zdobył ponad połowę głosów i wygrał już w pierwszej rundzie. Rządowa gazeta "Herald" twierdzi jednak, że Tsvangirai co prawda pokonał Mugabego, ale nie udało mu się zdobyć ponad połowy głosów. Jaka jest prawda, nikt nie wie, bo wciąż nie podano oficjalnych wyników prezydenckiej elekcji z soboty.
Zimbabweńczycy, przywykli do wyborczych oszustw Mugabego i braku skrupułów przy rozprawianiu się z politycznymi wrogami, nie mają złudzeń, co ich czeka. Inaczej niż przed pierwszą rundą tym razem bojówki ZANU-PF nie pozwolą działaczom opozycji prowadzić kampanii na wsiach, sterroryzują zwolenników Tsvangiraia i nie dopuszczą, by w dogrywce w ogóle poszli głosować. Władze nie zgodzą się już, by wyniki głosowania liczyć w lokalach wyborczych i wywieszać je na ich drzwiach, co okropnie utrudnia fałszowanie elekcji.
Zapowiedzią tych działań był wczorajszy marsz w stolicy kraju Harare wiernych Mugabemu weteranów wojny wyzwoleńczej z lat 70. Ich przywódca Jabulani Sibanda uznał wygraną opozycji za "prowokację wymierzoną przeciwko bojownikom o wolność". Oznajmił też, że zwycięskiej dla opozycji elekcji nie można uznać za uczciwą ani wolną, ponieważ "naród, który w wyniku imperialistycznych sankcji przymiera głodem", kierował się podczas głosowania nie wolnym wyborem i rozsądkiem, tylko potrzebami fizjologicznymi.
Weterani jeszcze nigdy nie zawiedli Mugabego. Przed wyborami parlamentarnymi w 2000 r. najeżdżali na jego rozkaz białe farmy, by ukarać ich właścicieli za wspieranie opozycji. To właśnie wywłaszczenie białych farmerów i upadek rolnictwa doprowadził do bankructwa gospodarki kraju. Podczas wyborów prezydenckich w 2002 r., a także parlamentarnych z roku 2005, tłukli i zastraszali działaczy i zwolenników opozycji.
Naciskany przez sąsiadów z RPA Mugabe tym razem nie posłał ich do boju, kazał czekać na rozkazy. Teraz, wobec groźby utraty władzy, nie będzie zważał na nikogo i na nic. A już z pewnością nie na prawo, które sam stanowił. Zgodnie z konstytucją druga tura wyborów powinna się odbyć trzy tygodnie po pierwszej. Mugabe zamierza przeprowadzić ją dopiero za trzy miesiące, by dać swoim ludziom więcej czasu.
Rządzący obóz nie tylko chce odegrać się na opozycji w wyborach prezydenckich, ale także chce odebrać jej minimalną wygraną w wyborach do parlamentu, których wyniki akurat ogłoszono. Wczoraj przywódcy ZANU-PF zażądali ponownego liczenia głosów w niektórych okręgach, gdzie przegrali. Do wygranej brakuje im ledwie kilkunastu posłów.
Źródło: Gazeta Wyborcza