http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Uganda: Dzieci zabijają dzieci

Wojciech Jagielski, Lira
2006-03-01, ostatnia aktualizacja 2006-03-02 10:16

Czy zmuszono cię, byś zabił któregoś z krewnych? Czy zmuszano cię, byś odrąbywał ludziom maczetą ręce lub nogi? Czy zmuszano cię, byś wydłubywał ludziom oczy? Czy zmuszano cię, byś gwałcił kobiety? Czy zmuszano cię, byś palił ludzi żywcem? Na większość pytań takiej ankiety w ośrodku rehabilitacyjnym nieletni partyzanci odpowiadają twierdząco

28 lutego 2006, Uganda; obozy resocjalizacyjne dla dzieci, które były w partyzantce antyrządowej, i kobiet porywanych na żony dla partyzantów
Fot. Krzysztof Miller / AG
28 lutego 2006, Uganda; obozy resocjalizacyjne dla dzieci, które były w...
Na prawym brzegu Białego Nilu, za wodospadami Karuma, leży kraj ludu Acholi. Od 20 lat toczy się tu najkoszmarniejsza i najbardziej zapomniana ze współczesnych wojen. Dzieci porywane z wiosek i szkół, i przymusem wcielone do partyzanckiej armii dokonują najbardziej makabrycznych zbrodni, a ich ofiarami są inne dzieci. Partyzancka armia młodocianych zbrodniarzy mieni się Bożą Armią Oporu, a jej przywódca, 43-letni Joseph Kony utrzymuje, że jest mesjaszem, przez którego przemawia Duch Święty.

Terapia

Na podwórzu ośrodka reedukacyjnego w Lirze dzieci podzieliły się na dwie grupy - partyzantów i żołnierzy - i zaczęły zabawę w wojnę.

Partyzanci uzbrojeni w wystrugane z drewna karabiny i maczety napadli na wioskę i uprowadzili grupę dziewcząt. Dwie z nich przewrócili na ziemię i zatłukli kijami. Przepychając się między sobą, wołali w języku Acholi: "Dajcie i mnie ją zabić!". Krztusząc się ze śmiechu, obsypali ciała swoich ofiar suchymi liśćmi, by spalić trupy.

Za chwilę obozowisko partyzantów zostało zaatakowane przez zaalarmowane przez wieśniaków wojsko. Po krótkiej bitwie partyzanci zostali pobici, a pozostali przy życiu jeńcy - uratowani.

Gdy zapytałem przyglądającą się zabawie nauczycielkę i opiekunkę, czy któreś z bawiących się na podwórzu dzieci zabijało ludzi, Christina odparła: - Z wyjątkiem tych najmłodszych, kilkuletnich - wszystkie.

- Zachęcamy ich, by bawili się w wojnę. Ale ta zabawa jest w istocie opowieścią o prawdziwych wydarzeniach, które przeżyli. W ten sposób dowiadujemy się, przez co przeszli - tłumaczy mi Christina Awor z ośrodka rehabilitacyjnego dla byłych partyzantów z Bożej Armii Oporu. - Niektórzy tylko w ten sposób potrafią wyrzucić z siebie swoje koszmary.

David

14-letniego Davida, w czerwonej bawełnianej koszulce, partyzanci porwali z jego wioski w powiecie Pader. Miał wtedy dziesięć lat i wraz z innymi dziećmi oraz ich ojcami i wujami wybrali się do buszu w poszukiwaniu drewna na opał. Zaraz za wioską wpadli w zasadzkę.

Powiązanych sznurami partyzanci popędzili ich przez sawannę. Szli wiele godzin. Zatrzymali się na polanie pod wielkim drzewem mangowca. Tam komendant partyzantów wybrał spośród jeńców ośmiu chłopców i cztery dziewczęta i kazał im odejść na bok. Dorosłych kazał ułożyć na ziemi. Tłukł ich kijem, kopał i kazał opowiadać, gdzie w okolicy stacjonuje wojsko i którzy z wieśniaków donoszą żołnierzom.

Po przesłuchaniu rzucił partyzantom rozkaz: "Wykończyć ich!".

Partyzanci, było ich kilkunastu, mieli na sobie wojskowe mundury i wielkie gumowe buty. Większość wyglądała na rówieśników Davida. Rzucili się na jeńców, bijąc ich po głowach kijami. A potem dowódca coś krzyknął i dwóch partyzantów podeszło do Davida. Wcisnęli mu do ręki maczetę i rozkazali, by dobił ojca. Otępiały z przerażenia i bólu kręcił głową, że nie zrobi tego. Wtedy rzucili się na niego z pięściami, krzycząc, że albo zabije ojca, albo zmuszą ojca, by zabił jego samego.

Ojciec zalany krwią błagał go, by zabił go, bo inaczej zginą obaj. David uderzył go maczetą w tył głowy. Partyzanci krzyczeli, by uderzył jeszcze raz. Grozili też, że jeśli nie przestanie płakać, porąbią go maczetami na kawałki. Dwóch innych chłopców także zostało zmuszonych, by zabili krewnych - jeden wujka, drugi młodszego brata. - Teraz nie macie już dokąd wracać. Nikt w waszej wiosce już was nie przyjmie - obwieścił dowódca. - Odtąd będziecie żołnierzami Bożej Armii Oporu. Zagroził, że jeśli mimo wszystko spróbują ucieczki, partyzanci wrócą do ich wioski i wymordują ich pozostałych krewnych.

Partyzanci pędzili ich wiele dni przez sawannę, w końcu dotarli do wielkiego obozowiska. Tam zostali przydzieleni do partyzanckich oddziałów, gdzie nauczono ich obchodzenia się z bronią.

Zanim ranny w potyczce z żołnierzami dostał się do niewoli i trafił do ośrodka reedukacyjnego w Lirze, David walczył cztery lata jako partyzant. Wiele razy uczestniczył w napadach na wioski, zabijał i maltretował wieśniaków, sam porywał dzieci na rekrutów do partyzanckiej armii.

Justine

Justine została porwana przez partyzantów wkrótce po swoich czternastych urodzinach. Partyzanci zakradli się do wsi nocą. Zaatakowali tak błyskawicznie i tak znienacka, że nikt nawet nie zdążył zaalarmować stacjonujących pod wsią żołnierzy.

Partyzanci kazali jeńcom - kilkudziesięciu dzieciom i nastolatkom - nieść zrabowane we wsi zapasy żywności i pognali ich do buszu. Po dwóch dniach partyzanci uwolnili najmłodsze dzieci, a pozostałych pognali do Sudanu, gdzie mają swoje kryjówki. Po drodze z wycieńczenia zginęło sześcioro jeńców. Dwójka dziewcząt została zabita przez partyzantów maczetami, gdy próbowały ucieczki.

W obozowisku w Sudanie Justine została przydzielona do rodziny jednego z komendantów. Zajmowała się dziećmi komendanta, gotowała, prała, uprawiała jam i kasawę. Któregoś dnia wezwała ją jedna z żon komendanta i zapytała, czy jest już kobietą i czy jest jeszcze dziewicą. Justine dwa razy potwierdziła. Następnego dnia oddano ją za żonę jednemu z partyzanckich dowódców. Po roku urodziła dziecko, które do dziś trudno jej uznać za własne.

- Nienawidziłam tamtego życia, choć odkąd zostałam żoną i urodziłam dziecko, nie musiałam już więcej uczestniczyć w walkach ani zabijać. No i miałam co jeść - opowiada Justine, kołysząc na kolanach śpiącego synka.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 86 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy