http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Przełom w Afganistanie

Wojciech Jagielski
2012-01-07, ostatnia aktualizacja 2012-01-07 11:36

Afgańscy partyzanci, którzy przeszli w tym tygodniu na stronę rządu, składają broń w miejscowości Herat, 5 stycznia
Afgańscy partyzanci, którzy przeszli w tym tygodniu na stronę rządu, składają broń w miejscowości Herat, 5 stycznia
Fot. Aref Karimi AFP

Po raz pierwszy od amerykańskiej inwazji w 2001 r. talibowie zgodzili się negocjować z USA, o co Waszyngton zabiegał od dawna. Do tego celu ma posłużyć ambasada talibów, którą mają oni otworzyć w Katarze

SONDAŻ
Czy Twoim zdaniem po wyjściu Amerykanów z Afganistanu talibowie będą próbowali przejąć tam władzę?

Tak
Nie
Trudno powiedzieć

Amerykanie wiedzą, że bez porozumienia z talibami nie uda się zakończyć coraz bardziej krwawej wojny. - Teraz przynajmniej wiadomo, z kim się rozmawia - mówi Michael Semple, jeden z największych znawców Afganistanu.

Dwa lata temu Amerykanie i Afgańczycy zapłacili worki dolarów zwykłemu kupcowi z bazaru w pakistańskiej Kwecie, który podał się za wysłannika talibów. We wrześniu zamachowiec udający emisariusza partyzantów zabił w Kabulu Burhanuddina Rabbaniego, który w imieniu afgańskiego prezydenta Hamida Karzaja usiłował nawiązać rozmowy z przywódcami talibów.

Zanim w tym tygodniu talibowie porozumieli się w sprawie otwarcia ambasady w Dausze, Amerykanie przy pomocy Niemców i Katarczyków przez prawie rok toczyli rozmowy z wysłannikami emira talibów mułły Omara, usiłując ustalić, czy rzeczywiście mają jego pełnomocnictwa do rozmów, czy też są kolejnymi przebierańcami. Tym razem emisariusze okazali się prawdziwi.

Otwarcie ambasady sprawi, że po raz pierwszy rozmowy między partyzantami i Amerykanami będą prowadzone jawnie. Talibowie przestali się też upierać, że nie będą negocjować z USA, zanim ostatni zachodni żołnierze nie opuszczą Afganistanu. Vali Nasr, który do niedawna doradzał prezydentowi Barackowi Obamie w afgańskich sprawach, przestrzega, że "to dopiero początek procesu". - Aby się powiódł, obie strony powinny teraz decydować się na ustępstwa, a poprzez gesty dobrej woli wzmacniać zaufanie - mówi Nasr.

Pierwszą trudną próbą będzie żądanie talibów, by Amerykanie wypuścili ich pięciu ważnych przywódców przetrzymywanych w bazie Guantanamo na Kubie. Waszyngton ponoć już to obiecał, a wśród zwolnionych ma być m.in. jeden z najważniejszych wojskowych przywódców talibów mułła Mohammad Fazl. Talibowie z kolei wypuściliby na wolność jedynego amerykańskiego jeńca, sierż. Bowe'a Bergdahla wziętego do niewoli w 2009 r.

Amerykanie rozważają zwolnienie talibów z Guantanamo, ale najpierw chcieliby, by emirowie afgańskiej partyzantki publicznie odżegnali się od terroryzmu i zerwali z Al-Kaidą. - Talibowie nie są wrogami USA - ogłosił w grudniu wiceprezydent Joe Biden. - Mogą się nimi stać, udzielając pomocy naszym wrogom z Al-Kaidy.

Talibowie ponoć bez skrupułów i większego żalu ogłosiliby, że nie mają nic wspólnego z Al-Kaidą, której udzielili schronienia, gdy rządzili w latach 1996-2001 Afganistanem. Sami chcieliby jednak, by Amerykanie ogłosili konkretny kalendarz wycofywania zachodnich wojsk. Mają one opuścić Afganistan do końca 2014 r.

Niezwykle ważnym ustępstwem i środkiem budowy zaufania mają się stać niektóre powiaty, które w tym roku zachodnie wojska oddadzą pod kontrolę siłom prezydenta Karzaja. Niektóre z nich mają posłużyć za nieformalne strefy zawieszenia broni, a inne, szczególnie na pasztuńskim południu, mają zostać oddane pod zarząd politycznych sprzymierzeńców talibów.

Od kilku lat terenem zawieszenia broni i środkiem budowy zaufania między afgańskim rządem i talibami są szkoły na południu kraju. Talibowie przestali je atakować, gdy rząd zgodził się przyjąć na nauczycieli wskazanych przez partyzantów mułłów i wycofał z programu nauczania przedmioty, które konserwatywnym partyzantom wydały się zbyt liberalne.

Talibowie zapowiadają jednak, że za nic nie zgodzą się na ustanowienie amerykańskich baz wojennych w Afganistanie po 2014 r., co USA właśnie negocjują z Karzajem. Chcą też rozmawiać z Amerykanami, a nie Karzajem, którego uważają za marionetkę Waszyngtonu. Amerykanie z kolei domagają się, by talibowie uznali rząd Karzaja, a także afgańską konstytucję i zaprowadzone po 2001 r. porządki.

W pokojowych rokowaniach z talibami przeszkodzić mogą Amerykanom Karzaj i Pakistan. Afgański prezydent wpadł we wściekłość, gdy pod koniec grudnia indyjska gazeta napisała, że Amerykanie prowadzą rokowania z talibami za jego plecami. W gniewie odwołał nawet ambasadora z Kataru, który albo nie informował go o tajnych rozmowach, albo, co gorsza, nie miał o nich zielonego pojęcia.

Naciskany przez Amerykanów Karzaj ogłosił w końcu, że zgadza się na otwarcie ambasady talibów w Katarze. - To, że się zgadza, nie znaczy, że to popiera - zaznaczył jeden z urzędników afgańskiego prezydenta. Karzaj obawia się, że jeśli USA pominą go w rokowaniach z talibami, to prędzej czy później odsuną od władzy, by zrobić miejsce dla nowego władcy, na którego zgodzą się także partyzanci.

Amerykanie zapewniają Karzaja, że w Katarze są jedynie pośrednikami, a ich celem jest doprowadzenie do rozmów między afgańskim prezydentem i talibami. - Nic bez nas nie ma szans powodzenia - ostrzegają anonimowi urzędnicy z otoczenia Karzaja.

Powtarza to od dawna także Pakistan, uważający Afganistan za swoją wyłączną strefę wpływów i pragnący osadzić w Kabulu przyjazny sobie rząd, gdy wyjadą stamtąd ostatni Amerykanie. Wybór Kataru jest dla Islamabadu klęską, bo sprawia, że pakistańscy generałowie stracą wpływ na przebieg rozmów.

Pakistańczycy ukrywają u siebie przywódców talibów z mułłą Omarem na czele i brutalnie torpedowali dotąd wszelkie próby pominięcia ich w rokowaniach z afgańskimi partyzantami. W 2010 r. aresztowali w Karaczi zastępcę emira talibów mułłę Baradara, który bez ich wiedzy prowadził rozmowy z emisariuszami Karzaja i Amerykanów. Według afgańskiego wywiadu zamachowiec, który we wrześniu zabił Rabbaniego, został nasłany przez pakistański wywiad wojskowy ISI, mecenasa afgańskich partyzantów.

Tego samego dnia, gdy Amerykanie i talibowie porozumieli się w sprawie otwarcia ich ambasady w Katarze, na afgańsko-pakistańskim pograniczu ogłoszono zawiązanie wojskowego przymierza partyzanckiego wymierzonego w USA. Wysłannik Al-Kaidy Abu Jahja "Libijczyk" przekonał czterech najpotężniejszych i skłóconych dotąd ze sobą komendantów pakistańskich talibów, by porzucili bratobójcze walki. Przekonał ich też, by poszli pod komendę weterana afgańskiej partyzantki Dżalaluddina Hakkaniego, dowodzącego drugą po talibach najpotężniejszą partyzancką armią w Afganistanie, zaprzestali ataków na Pakistan i skupili się wyłącznie na wojnie z Amerykanami.

Sprzymierzony z talibami Hakkani jest ulubieńcem Pakistanu. Mimo żądań i gróźb Waszyngtonu pakistańscy wojskowi nigdy nie posłali przeciwko niemu swoich wojsk i nie wymówili mu gościny w Waziristanie Północnym. Jeśli Pakistańczycy uznają, że początek negocjacji talibów z USA zagraża ich interesom, spróbują je storpedować przy pomocy Hakkaniego choćby po to, by odzyskać wpływ na rokowania.

Obama chciałby pochwalić się afgańskim sukcesem jeszcze przed majowym szczytem NATO w Chicago i jesiennymi wyborami prezydenckimi, w których będzie się ubiegał o reelekcję. Sceptycy obawiają się, że podejmując rozmowy z Amerykanami, talibowie jedynie próbują zyskać na czasie. Chcą uniknąć wojny i strat, rozszerzyć swoje polityczne wpływy, spokojnie doczekać 2014 r. i przejąć władzę w kraju, gdy ostatni zachodni żołnierz opuści Afganistan.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1