Wzięło w niej udział tysiąc delegatów z ponad stu krajów i organizacji międzynarodowych.
Bońska narada została zorganizowana w 10. rocznicę innej konferencji w dawnej stolicy RFN. Wtedy w Bonn przypieczętowano upadek rządu talibów, powołano nowe władze afgańskie, na których czele stanął Karzaj.
Tamta konferencja z 2001 r. była naradą zwycięzców po błyskawicznej wojnie przeciwko talibom, których wówczas do Bonn nikt nie zapraszał.
Przygotowując poniedziałkową naradę, Zachód liczył, że tym razem do Niemiec przyjadą emisariusze talibów, by rozmawiać o pokoju i ugodzie. Jednak ci nikogo nie przysłali.
Podobnie postąpił Pakistan, a bez pomocy tego państwa ani wojskowe, ani polityczne rozwiązanie problemu wojny afgańskiej nie jest możliwe. To na pograniczu afgańsko-pakistańskim partyzanci mają swoje kryjówki, to w Pakistanie ukrywają się przepędzeni z kraju przywódcy afgańskich talibów.
Islamabad zbojkotował konferencję, protestując przeciwko atakowi amerykańskiego lotnictwa na dwa posterunki graniczne, w którym zginęło prawie 30 pakistańskich żołnierzy.
Przeciwko nalotom protestuje też Iran, który w zeszłym tygodniu zestrzelił nad swoim terytorium bezzałogowy samolot szpiegowski
USA. NATO twierdzi, że straciło nad maszyną kontrolę i dlatego poleciała ona z Afganistanu nad Iran.
W Afganistanie coraz bardziej rozchodzą się interesy i cele Zachodu oraz jego najważniejszego w tym rejonie sojusznika, jakim jest Pakistan, a także Iranu, Chin i Rosji. Po wycofaniu się Amerykanów Islamabad zamierza natychmiast ustanowić w Kabulu przyjazny sobie rząd. Dlatego nie zwalcza talibów, sabotuje natomiast wszystkie próby nawiązania z nimi rozmów bez swej wiedzy i zgody.
Amerykanie liczyli, że w Bonn będą mogli pochwalić się nie tylko rozmowami z talibami, ale umową na założenie baz wojskowych i sukcesami na polu bitwy.
Karzaj dalej jednak targuje się w sprawie umowy o bazach, a sukcesy wojenne nie oszałamiają. W przyszłym roku z Afganistanu ma być wycofanych ponad 30 tys. żołnierzy USA, a prezydent Barack Obama, chcąc zwiększyć szanse na reelekcję, chciałby wiosną ogłosić tam dalszą redukcję wojsk.
Wycofanie zachodnich żołnierzy ma zluzować od stycznia 2015 r. pospiesznie szkolona i zbrojona przez Zachód armia afgańska, która w 2014 r. wraz z policją ma liczyć pół miliona ludzi.
Jak wyliczył Bank Światowy, utrzymanie takich sił ma kosztować 7 mld dol rocznie, których nie wyłoży biedny Afganistan, lecz Zachód przeżywający zapaść gospodarczą. Zachód zastanawia się, czy Afgańczykom nie wystarczyłaby armia mniejsza i tańsza, ale ci boją się, że słabsze wojsko może nie dać sobie rady z talibami.
Sam Karzaj stwierdził w poniedziałek, że jego kraj będzie potrzebował pomocy co najmniej przez dziesięć lat od wycofania zachodnich wojsk - czyli do 2025 r.