Poniedziałkowe wybory prezydenckie i parlamentarne były drugimi od zakończenia w 2002 r. największej wojny współczesnej Afryki. Choć toczyła się w Kongu od końca lat 90., wzięło w niej udział pół tuzina państw kontynentu, w tym niemal wszyscy kongijscy sąsiedzi. Szacuje się, że od kul, chorób i głodu zginęło w niej ponad 5 mln ludzi, co czyni konflikt jednym z najkrwawszych i najbardziej bestialskich w dziejach ludzkości. Popełniono podczas niego wszelkie możliwe zbrodnie z ludożerstwem włącznie, a toczący ją kongijscy watażkowie ścigani są listami gończymi Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze.
Wojnę w bogatym w surowce naturalne kraju przerwały międzynarodowe mediacje, pokój wynegocjowany przez ONZ i nadzorowany przez kilkanaście tysięcy żołnierzy wojsk pokojowych. Pierwsze wolne wybory w 2006 r. zorganizowało Kongijczykom ONZ, a zwyciężył w nich rządzący od 2001 r. prezydent Joseph Kabila. Pokonał wiceprezydenta Jeana-Pierre'a Bembę, a walka o władzę między nimi przeniosła się z wyborczych lokali na ulice Kinszasy.
Pokonany Bemba uciekł z kraju, a następnie został aresztowany i osadzony w areszcie w Hadze, gdzie czeka na proces. Gdyby wygrał wybory, to on ubiegałby się dziś o reelekcję, a w międzynarodowym areszcie siedziałby Kabila.
Nawet z haskiego aresztu Bemba starał się zgłosić siebie do walki o prezydenturę, licząc na to, że zwycięstwo da mu nie tylko władzę i szansę odwetu, ale przede wszystkim wolność. Wykluczony z wyborów błagał tuzin rywali Kabili, by się zjednoczyli i wystawili tylko jednego z nich, aby zebrał wszystkie głosy opozycji. Jednak panująca między nimi niechęć sprawiła, że przeciwko Kabili stanęło w wyborach aż dziesięciu kontrkandydatów, co wróżyło prezydentowi murowaną wygraną. Tym bardziej że tak poprawił ordynację, że do wygranej wystarczało mu zdobyć już w pierwszej turze więcej głosów od innych. W dodatku wybory organizowali urzędnicy Kabili, a nie ONZ.
Tym razem jego rywalami nie byli inni watażkowie z czasów barbarzyńskiej wojny, lecz dawni towarzysze broni i weterani kongijskiej polityki z czasów, gdy kraj pod rządami wspieranego przez
USA dyktatora Mobutu Sese Seko w pocie czoła pracował na opinię upadłego państwa.
Etienne Tshisekedi, mający dziś osiemdziesiątkę na karku, był najodważniejszym i najzacieklejszym wrogiem Mobutu. Marzenia o prezydenturze udaremniła mu wojna domowa, która zepchnęła go na margines, a do władzy wyniosła ojca obecnego prezydenta Laurenta-Désiré Kabilę, który wywołał powstanie zbrojne przeciwko dyktatorowi i sam go obalił. Rozgoryczony Tshisekedi z taką samą zajadłością jak kiedyś Mobutu zwalczał więc Kabilów (senior zginął w zamachu w 2001 r.), a poniedziałkowe wybory to ostatnia jego bitwa przed polityczną emeryturą.
Innym weteranem, który postanowił ubiegać się o prezydenturę, jest były premier Mobutu i syn polskiego Żyda Leon Lubicz, który w latach 70. zmienił nazwisko na kongijskie Kengo Wa Dondo. Choć Kongijczycy uważają go za najlepszego ze wszystkich premierów, jakich mieli, Kengo nie ma szans na wygraną, ale może wytargować dla siebie jakieś ważne stanowisko.
Wyborom towarzyszył niebywały bałagan. W zamieszkach zginęło co najmniej pięć osób. Wielu lokali nie otwarto w ogóle, w innych brakowało kart do głosowania lub nie zgadzały się nazwiska kandydatów. Przedstawiciele zagranicznych organizacji dobroczynnych od dawna ostrzegali, że w ogromnym kraju - prawie siedmiokrotnie większym niż
Polska, liczącym ok. 71 mln mieszkańców i pozbawionym niemal infrastruktury - Kongijczycy nie poradzą sobie z wyborczą logistyką i elekcję należałoby przełożyć. Nie zgadzał się na to 40-letni Kabila, by uniknąć proceduralnych łamigłówek, które wyniknęłyby, gdyby wyborów nie przeprowadzono przed upływem jego kadencji kończącej się na początku grudnia.
W niedzielę w telewizyjnym orędziu prezydent radził rodakom, by mimo wątpliwości wzięli udział w głosowaniu. - Przeszliśmy kawał drogi, której początkiem były wojna i zbrodnie wszelkiej maści. Lepiej, żebyśmy się do tego nie cofnęli - ostrzegł Kabila.