http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/sblank.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Najdłuższa wojna Ameryki

Mariusz Zawadzki
2012-02-06, ostatnia aktualizacja 2012-02-05 19:34

"Wojna z narkotykami okazała się kompletną klapą. Panie prezydencie, co ma pan do powiedzenia wyborcom, którzy liczą, że zmieni pan politykę antynarkotykową?" - miał zapytać Baracka Obamę emerytowany policjant z Los Angeles.

Mariusz Zawadzki
Fot. Archiwum Rodzinne
Mariusz Zawadzki
Google+, czyli nowy serwis społecznościowy, który konkuruje z Facebookiem, zorganizował tydzień temu czat z Barackiem Obamą. Wcześniej zachęcano internautów, żeby nagrywali na YouTube'a pytania do prezydenta. W drodze powszechnego, internetowego głosowania miały zostać wyłonione najlepsze.

Wygrało pytanie Stephena Downinga, emerytowanego policjanta z Los Angeles: "Wojna z narkotykami okazała się kompletną klapą. Sondaż Gallupa z listopada pokazał tymczasem, że po raz pierwszy w historii większość Amerykanów jest za legalizacją marihuany. Panie prezydencie, co ma pan do powiedzenia wyborcom, którzy liczą, że zmieni pan politykę antynarkotykową?".

Obama nie powiedział wyborcom nic. Nie miał okazji, bo moderatorzy Google'a z tajemniczych przyczyn w ogóle nie postawili mu tego pytania. Kwestia legalizacji narkotyków jest w Ameryce poza mainstreamem politycznym niewarta uwagi. Kongresmen Ron Paul, republikański kandydat na prezydenta, który ją podnosi, jest dość powszechnie uważany za zbzikowanego staruszka, choć np. w sobotnich prawyborach w Nevadzie wypadł nieźle - dostał 19 proc. głosów (wygrał multimilioner Mitt Romney z 48 proc., który w zasadzie ma już nominację partii w kieszeni, i jeśli jesienią pokona Obamę, będzie walczył z narkotykami równie wytrwale jak poprzednicy).

Najdłuższa, najdroższa i najbardziej krwawa wojna, jaką toczy rząd USA, trwa już 42 lata. "Narkotyki są wrogiem nr 1 Ameryki. Żeby je zwalczyć, rozpoczynamy totalną ofensywę" - ogłosił w 1970 r. prezydent Richard Nixon. W pierwszym roku wyasygnował 100 mln dol. Ostatnio na wojnę z narkotykami przeznacza się 40 mld dol. rocznie (Waszyngton wykłada 15 mld dol., a władze 50 stanów dorzucają 25 mld dol.).

Przez wszystkie lata wydano już bilion dolarów i posłano za kratki dziesiątki milionów ludzi. Prawo stawało się coraz surowsze. W ostatnich latach za wykroczenia narkotykowe bez użycia przemocy aresztuje się 1,6 mln Amerykanów rocznie. Połowa to zatrzymani za posiadanie marihuany lub jej sprzedawanie. Większość z posiadaczy trawki karanych jest grzywną lub kilkoma miesiącami więzienia, ale np. ktoś przyłapany z 5 gr kokainy (cracku) automatycznie dostaje minimum pięć lat. Połowa wszystkich więźniów w USA to skazani za narkotyki.

Mimo gargantuicznych wysiłków, wydatków i represji wszystkie możliwe narkotyki są dziś - jak wskazują policyjne statystyki - tańsze i łatwiej dostępne, niż były w 1970 r. - Wniosek jest banalny: przegraliśmy. Przyznajmy się i zalegalizujmy narkotyki! - powiada Ron Paul. - Alkohol i papierosy są znacznie bardziej szkodliwe, ale nie mamy prohibicji ani zakazu palenia, bo kongresmeni nie zrezygnują z cygar i whiskey...

Jego zdaniem wojna z narkotykami przynosi znacznie większe szkody niż same narkotyki. Zakazy sprawiły, że mafie są monopolistami na rynku, dlatego zarabiają coraz lepiej i są coraz bardziej bezwzględne. W ostatnich czterech latach w wojnie gangów po meksykańskiej stronie granicy zginęło 40 tys. ludzi, a liczba ofiar z każdym rokiem rośnie.

Zdaniem przeciwników wojny drakońskie kary nie mają sensu. Przyłapani np. z kokainą dopiero w więzieniu zamieniają się w prawdziwych kryminalistów. Najbardziej pokrzywdzeni są Murzyni, którzy stanowią aż 74 proc. skazanych za narkotyki. Nawet karanie dilerów nie jest skuteczne. Jeśli np. skazać na dożywocie gwałciciela małej dziewczynki, wtedy po świecie chodzi jeden zboczeniec mniej. Ale jeśli skazać na dożywocie dilara kokainy, jego miejsce zaraz zajmuje ktoś inny.

Jako koronny dowód szaleństwa wymiaru sprawiedliwości podawany jest przypadek niejakiego Weldona Angelosa, właściciela hiphopowego studia nagraniowego ze stanu Utah, który został przyłapany na gorącym uczynku przez policyjnych agentów w cywilu. Trzy razy sprzedał im marihuanę o łącznej wartości 350 dol. Kiedy się z nimi spotykał, miał przy sobie pistolet przypięty do paska (choć ani razu po niego nie sięgnął). Ponieważ federalny kodeks karny przewiduje minimalną karę 55 lat więzienia dla dilerów narkotykowych posiadających broń - na tyle właśnie Angelos, wówczas 25-latek, został skazany w listopadzie 2004 r.

Sędzia Paul Cassell, który przewodniczył rozprawie, był zdegustowany swoim własnym wyrokiem, ale nie miał wyboru - musiał trzymać się litery prawa. - Gdyby Weldon Angelos porwał samolot, mógłbym go skazać na 25 lat. Za pobicie kogoś ze skutkiem śmiertelnym - na 13 lat. Za gwałt na dziesięcioletniej dziewczynce - na 11 lat - wyliczał sędzia Cassell.

Angelos posiedzi do 2059 r., bo sąd najwyższy nie zgodził się rozpatrzyć apelacji.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 27 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    42 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1