Romney będzie się musiał tłumaczyć ze swoich podatków aż do wyborów w listopadzie, o ile zdobędzie nominację i zostanie rywalem Baracka Obamy. Od soboty nie jest to już takie pewne. W trzecim stanie, w którym Republikanie przeprowadzili prawybory, przegrał z kretesem z Newtem Gingrichem, byłym przewodniczącym Izby Reprezentantów. A przegrał m.in. dlatego, że nie chciał ujawnić zeznania podatkowego. Żeby naprawić błąd, zrobił to wczoraj.
Jak się okazało, zarobił w ostatnich dwóch latach 43 mln dol., z których państwu oddał 6,2 mln dol. Zapłacił zatem tylko 14 proc. podatku, choć stawka dla najbogatszych wynosi w Ameryce 35 proc. Milionerzy powszechnie korzystają z różnego rodzaju ulg, np. podatek od inwestycji kapitałowych wynosi tylko 15 proc. Żeby zejść jeszcze poniżej tej stawki, prawnicy Romneya musieli się nieźle napracować - jego zeznania podatkowe mają ponad 500 stron.
- Płacę dokładnie tyle podatków, ile jestem dłużny! - zapewnia Romney. Ale jego zeznanie wyjątkowo niefortunnie wpisuje się w nastroje społeczne, które od jesieni zeszłego roku wyrażają protesty ruchu Occupy Wall Street. Demonstranci manifestujący w parkach amerykańskich miast alarmują, że 1 proc. bogaczy wykorzystuje pozostałych 99 proc. Amerykanów. Statystyki potwierdzają, że od 1979 roku dochody elity rosną ekspresowo, a reszta prawie stoi w miejscu albo biednieje. Dzieci z niezamożnych domów w wielu krajach Europy mają większe szanse awansu społecznego niż w Ameryce. Tymczasem bogaci pomnażają pieniądze, w zasadzie nic nie robiąc - jak Romney, którego dochody pochodzą niemal wyłącznie z inwestycji.
Pięćset stron zeznań Romneya potwierdza również, że kodeks podatkowy jest chory. Ma już siedem razy więcej stron niż Biblia, ponieważ co roku kongresmeni dodają do niego najróżniejsze ulgi i kruczki, z których korzystają zaprzyjaźnieni milionerzy i największe koncerny.
- Nie zamierzam przepraszać za to, że odniosłem sukces - podkreśla Romney, który wcielił się w rolę żarliwego obrońcy kapitalizmu. O Gingrichu, który wytyka mu bogactwo najbardziej, mówi: - Nie przypuszczałem, że moi rywale z Partii Republikańskiej sięgną po argumenty lewicy...
W zeznaniu Romneya znajdują się jeszcze inne wstydliwe elementy: miliony ulokowane w rajach podatkowych na Kajmanach i Bermudach i zamknięte w zeszłym roku, zapewne z powodu zbliżających się wyborów, konto w Szwajcarii. Romney podkreśla, że nawet od zagranicznych inwestycji płaci uczciwe, amerykańskie stawki podatkowe, ale eksperci dziennika "Wall Street Journal" zawyrokowali, że Kajmany jednak przynoszą mu wymierne oszczędności.
Dla porównania rywale płacą "normalne" podatki: prezydent Obama zarobił w 2010 roku 1,8 mln dol., z których oddał państwu 450 tys. dol. (czyli 26 proc. podatku), a Gingrich - 3,2 mln dol., z czego oddał 1 mln dol. (31 proc. podatku).
Na obronę zostaje Romneyowi to, że w tej trójce jest zdecydowanie największym filantropem. Obama w 2010 roku wydał na dobroczynność 245 tys. dol. (13 proc. dochodów), a Gingrich zaledwie 81 tys. dol. (2 proc.).
Tymczasem Romney podarował na cele charytatywne aż 7 mln dolarów (16 proc. dwuletnich dochodów), w tym ponad 4 mln Kościołowi mormońskiemu, do którego należy. Przed laty obiecał, że będzie na swój Kościół przekazywał 10 proc. dochodów i jest tej obietnicy wierny.
Źródło: Gazeta Wyborcza